Jak to milutka?, pytam Marii; wiesz, postanowiłam mu którejś niedzieli zrobić niespodziankę, w szkole mieliśmy akurat wielkanocną przerwę świąteczną, pogoda była wspaniała - więc, zebrałam manatki i pojechałam do mojego księcia w odwiedziny - coś "ala" rewizyta. Podróż dała mi nie źle popalić, bo ciasnota była jak diabli - wszak, w góry młodzież jechała wypoczywać - sam wiesz, jak są wagony załadowane ludźmi w tym świątecznym okresie. Tak, wiem, odparłem; kiedyś do Krakowa jechałem o podobnej świątecznej porze roku na korytarzu stojąc z kroczem na kaloryferach, o mało sobie nie gotując tego, co najcenniejsze facet posiada prócz rozumu. Tak mnie do kaloryferów przywalono, że nie mogłem się ruszyć ani w jedną, ani w druga stronę, by dać ciału choć odrobinkę się schłodzić. No..., to przyjacielu bardzo dobrze to rozumiesz, Maria uśmiechnęła się z lekka, mówiąc to do mnie.
Wysiadłam na stacji i podeszłam do okienka kasowego, w kasie kobietę starszą pytam, o ulice i numer domu; wyjaśniła mi dość szybko, że pod stacją taxi stoi, to mnie dowiezie gdzie tylko zechcę! No..., taką bystrą, to ja też jestem, ale podziękowałam kobiecie z uśmiechem, i wyszłam przed stacje na postój taxi. Podałam kierowcy nazwę ulicy i numer domu, po dziesięciu minutach byłam już na miejscu.
Piękny piętrowy domek w głębi ogrodu, pod furtką pies rasy mi nieznanej, ale to chyba był owczarek, bo jak stanął, to jak mały cielak wyglądał - więc, szukam jakiegoś dzwonka, w końcu widzę jest przycisk na słupku, naciskam go i po chwili na werandzie ukazuje się dziewczynka lat, tak z wyglądu; dziesięć, pytam ją – mieszka tu mój książę oczywiście w miejsce „księcia” podałam jego imię i nazwisko, dziewczynka powiada - tak, proszę pani, jednocześnie odwołała swojego psa do domu. Wchodzę na ścieżkę ogrodową, która pod drzwi prowadzi i idę w stronę werandy. Pies pod drzwiami usiadł i patrzy na mnie ciekawie, w drzwiach ukazała się młoda kobieta, taka gdzieś w moim wieku - widząc ją myślę sobie, siostra mojego księcia, ona podała mi rękę i wymieniła swoje imię, ja tym samym się jej odwzajemniłam, dodając; Andrzeja odwiedzam, nic mi na to nie odpowiedziała. Przyjęła mnie dość gościnnie, a widząc mnie zmęczoną podróżą zaprowadziła mnie do łazienki i pozwoliła się odświeżyć. Później kawę postawiła i ciasto, zdaje się sernik, w tej chwili dobrze tego nie pamiętam, i zapytała mnie; w jakiej sprawie tu tak na prawdę przybywam - powiedziałam, że jestem przejazdem i koleżanką Andrzeja z kursu komputerowego, na którym byliśmy razem, i tak się poznaliśmy. Teraz, po drodze postanowiłam go odwiedzić, skłamałam – ona, spojrzała na mnie, jakoś dziwnie, ale po krótkich uprzejmościach, jak to kobiety zaczęłśmy sobie opowiadać, swoje radości i smutki z naszego codziennego życia.
Wieczór bardzo szybko przyszedł, a wraz z nim, mój książę zjawił się wesoły, jak szczygiełek na wiosnę, ale tylko przez moment, bo jak mnie zobaczył, to o mało go szlag nie trafił! Pani domu, to również ujrzała w jego postawie i oczach – wówczas, z jakąś ironią w głosie mi go przedstawia wstając od stołu. Mario, to mój kochany mąż Andrzej, którego już jak mniemam bardzo dobrze znasz - mnie, jakby ktoś kosą nogi podciął, o mały włos bym chlapnęła tyłkiem na podłogę; co takiego?, pytam jej, jak to co?, to mój mąż Andrzej - mąż?, wyszeptałam jak obłąkana - tak, to mój kochany i bardzo wierny mąż, a to nasza córka! - Jejku, ależ ślepota mnie dopadła wycedziłam do Andrzeja przez zaciśnięte zęby, to ty chamie, prostaku, tak mnie oszukiwałeś i swoją żonę, córkę, przez prawie rok? Zaraz, zaraz, wyszeptała blada, jak ściana Andrzeja żona, to on z tobą ma romans od prawie roku? A ty myślałaś, że po co ja tu tyle kilometrów jechałam?, by łąki jeszcze trawą i kwiatkami nie porośnięte wiosną oglądać? Do księcia swojego jechałam, a okazało się, że błazna tu zastałam, i jak mu nie sieknę pięścią z całej siły w samo oko, aż przysiadł na nogach - pobladły, jak papier toaletowy. W końcu, złapałam swoje torby i wybiegłam przed dom - losie..., wyszeptałam, ale zagiąłeś parol na moją cześć i moje całe nędzne życie - taka hańba, taki wstyd! Zaczęłam wręcz ryczeć, jak przysłowiowy bóbr!
Po drodze spotkałam jakąś parkę młodych ludzi, i zapłakana o drogę na stację ich zapytałam, całą prawie noc na stacji przesiedziałam roniąc łzy wściekłości, i tak tą moją drugą miłość, po dziś dzień zapamiętałam!
Po tym zdarzeniu, całkiem się pracy zawodowej i dzieciom poświęciłam - chciałam w sobie tym zabić swoją kobiecość - wiesz, to działa tak, jak gonitwa za nieosiągalnym celem, za nieosiągalną karierą, którą zawsze miałam gdzieś, w głębokim poważaniu do tego wszystkiego! Chciałam tylko mieć; wyrozumiałego męża, dzieci, rodzinę, za tym tylko tęskniłam, czy tego aż tak dużo żądałam?, i co mi los dał?, - piekło psychiczne!
Motałam się z tym tak, do tej teraz wcześniejszej emerytury, na którą trzy lata minęło, jak odeszłam. Marna, bo marna, ale jakoś sobie jeszcze radę daję; tacy fachowcy jak ty cygan, zawsze mi troszkę pomogą, grzecznie ich proszę i nie biorą nic w zamian, i takim sposobem jakoś mi jeszcze na wszystko wystarcza. Wiesz, co ci powiem przyjacielu mój; jestem taka, jak dawniej byłam - ciągle samotna, i pusta w środku, tj; całkiem wypalona, jak garnek z byle jakiej gliny i tak się też czasami czuję! Nie przesadzaj Mario, nie ty pierwszą i ostatnią jesteś losu przyczyną i skutkiem - wartość człowieka, nie tkwi w tym, jaki on bogaty jest materialnie, czy w tym, jaki on czuje się samotny i opuszczony, tylko w tym; co sobą reprezentuje publicznie, co robi, i jak postępuje, etc; takie skrajne twoje oceny siebie, są nie na miejscu i nie do przyjęcia - moim skromnym zdaniem, gorycz przez ciebie przemawia.
Tak sądzisz?, może i gorycz, ale spójrz na to z mojego punktu widzenia i moich przejść - no tak, to prawda, na to ja ci nie odpowiem, wszak inne życie mam, mimo swoich przejść, takich rzeczy jak ty nie doświadczyłem, ale załamywać się nie pozwolę; ani tobie, ani sobie – dopóty dopóki żyjemy, zawsze jest nadzieja na piękne chwile, i takimi należy zmysły karmić, bo inaczej zwariujesz - rozumiesz mnie?, w końcu po coś tu nas zesłano na ziemię!
Cygan, łatwo ci jest mówić - przerwałem jej - oj Mario, może i łatwo, ale ja też swoje przeżyłem i nie narzekam. Ktoś ci obiecał przy urodzeniu się, że tylko piękne chwile cię czekają przez całe twoje lepsze lub gorsze życie?
Myślałam, że na emeryturze będę się czuła spełnioną - wiesz, ponad półwieku doświadczeń; praca dawała mi satysfakcję i spełnienie się w niej, jeno wiesz; cóż mi z tego, to wszystko okazało się przemijającym odczuciem i marnością. Mam teraz tylko siebie, żadnej rodziny prócz brata, który też ma swoje życie i swoje problemy rodzinne. Pustka w domu, pustka w sercu; co mnie teraz tu ma radować?, jak to co?, zdrowie, znajomi - tacy choćby, jak ja, przyjaciele, itd.
Odchodząc na emeryturę byłam pewna, że mam przyjaciół wszędzie; w szkole, na ulicy, w parku, w sklepie - tyle przecież tej młodzieży wychowałam, wykształciłam, do życia przygotowałam, nie przesypiając czasami nocy, i cóż? Teraz mało kto z nich mię poznaje; na ulicy, w sklepie, a w domu moim z byłych uczniów, jeszcze nikt nigdy mnie nie odwiedził!
Do pracy początkowo zachodziłam, by odwiedzić jak sądziłam przyjaciół, ale po którymś tam z kolei razie odczułam, że im tam już ja nie pasuję, że im przeszkadzam - więc, przestałam tam chodzić.
Podsumowując to moje życie, nie znalazłam w nim dla siebie nic godnego z tego, co dla niego uczyniłam, wszystko odchodzi w zapomnienie i tylko pozostaje ta myśl natrętna – czekasz Mario na śmierć, li tylko na śmierć – szlag by to trafił! Dobrze, że jestem jeszcze w miarę zdrowa i nie muszę po lekarzach się włóczyć, bo to chyba by mnie całkiem dobiło. Najgorsze co może być teraz, to puste krzesła przy stole, we wszystkie świąteczne dni, czasami wychodzę na wspólne kolacje organizowane przez Klub Emeryta-Seniora, etc; ale tam też, niby się radujesz z towarzystwa, ale coś ci brakuje, coś takiego, jak; ciepło czyjejś dłoni - dłoni, która cię przytuli, da ci pewność siebie, bezpieczeństwo, wypełni pustkę w sercu, i uczyni to, że masz poczucie iż masz dla kogo jeszcze żyć, na tym bożym świecie, z kim się radować o poranku, gdy wstajesz równo ze słońcem, ot co!
Nigdy nie przypuszczałam, że wiek, w którym człowiek jest samotny, jest wiekiem takiej codziennej udręki i beznadziei - nie ma nic gorszego, jak samotność, i jej intensywne odczuwanie; codziennie, niezmiennie. A..., gapiąc się na zdjęcia; cofasz się wstecz i myślisz z goryczą w sercu zadając sobie durne pytania, na które sam sobie odpowiadasz lub nie; czy to jestem ja?, czy to było moje życie?, czy ja tak je przeżyłam, czy to rzeczywiście jestem ja na tych zdjęciach i bliscy mi ludzie?, gdzie oni wszyscy teraz są?! Jejku - szok!
A co ty o tym myślisz przyjacielu mój?, - ja?, hm; cóż miła moja; trudno mi tu głos zabrać na temat czegoś, czego sam nigdy nie doświadczyłem z taką intensywnością, jaką ty to Mario doświadczyłaś i doświadczasz, ale wiesz co? Powiadają, że człowiek; „ma to, na co sam sobie zasłużył”, potrafisz ty mnie teraz pocieszyć - uśmiechnęła się gorzko, a może i ty też tak o tym myślisz?, pyta mnie Maria - ja?, nie..., ja wierzę w reinkarnacje, i wierzę, że wszystko to, co się z nami tu dzieje ma swoją przyczynę i skutek-konsekwencje oraz swoją wartość duchową.
A zmartwychwstanie?, co zmartwychwstanie?, no to co powiadają księża, że Jezus zmartwychwstał, ta...k, Jezus uległ ascendencji-zmartwychwstał, ale nie w ciele materialnym lecz astralnym, nie czytałaś Mario nigdy Ewangelii? Ostatnio się w nią zagłębiam i cóż z tego?, pyta mnie Maria - pamiętasz Mario, jak Jezusa ujrzała Marię Magdalenę przy swoim grobie zaraz po zmartwychwstaniu?, tak; a pamiętasz co jej Jezus powiedział?, tak - "nie dotykaj mnie", właśnie; a Maria Magdalena od razu Jezusa poznała?, nie..., myślała że Jezus to ogrodnik; a pamiętasz, jak dwaj uczniowie jego po drodze do Emaus go spotkali i o nim rozmawiali przy nim, jednak go nie poznali?, też to pamiętam; a pamiętasz, jak Tomasz go ujrzał i powiedział, że uzna go za zmartwychwstałego Jezusa, jak rany jego zobaczy od gwoździ, dzidy, i je dotknie - tak, to też pamiętam; a pamiętasz to, czy Jezus po ukazaniu się z uczniami swoimi coś spożywał - nie..., Jezus po zmartwychwstaniu nic z nimi nie spożywał - powiedz mi więc Mario, skoro Jezus zmartwychwstał w tym samym ciele co żył, to dlaczego nie spożywał posiłków, a najbliżsi mu uczniowie wraz z Marią Magdaleną - nie rozpoznali w nim od razu Jezusa?
Maria po dłuższym zastanowieniu się, odparła mi – po prostu, nie wiem. Powiadam jej: Jezus Mario zmartwychwstał w ciele niematerialnym – zmartwychwstał, jak już ci mówiłem w ciele astralnym, które było tak zagęszczone, iż imitowało ciało materialne, czy to jest możliwe?, spytała mnie - tak odpowiedziałem; każda boska istota może tak się nam ukazywać. Maria, matka Jezusa już nie raz tego nielicznym dokazała - stad się wzięły, wszystkie objawienia Maryjne.
Pamiętasz Mario, jak Jezus modląc się do Ojca na górze Oliwnej powiedział, że był już przed stworzeniem na ziemi?, tak; widzisz więc, że jego ponowne narodziny z Marii były inkarnacją duszy w materii - boskiego pierwiastka utopionego w ludzkiej nędzy. Więc chcesz mi cygan powiedzieć, że w jednym życiu tu na ziemi, nic nie załatwiamy?, nie..., nie do końca tak z tym jest, za każdym razem odradzając się, wstępujemy na wyższy poziom świadomości, a każde życiowe doświadczenie przybliża naszą duszę do pierwowzoru, czyli boskiej doskonałości. Po każdym przejściu Komnaty Małżeńskiej powracamy do następnego wcielenia, i realizujemy Boski Plan. Mario to jest opisane, we wszystkich prawie Świętych Księgach, w tym gnostyckich Ewangeliach; Marii Magdaleny, Tomasza, Judasza, Marii matki Jezusa, Filipa z którego Ewangelii dla mnie jasno wynika, iż Jezus miał za żonę Marię Magdalenę i ślub w Kanie Galilejskiej był ich zaślubinami. Powiedz mi Mario; czy gość martwi się o wino biesiadujących nie na swoim weselu, czy gospodarz?, - gospodarz, wiec sama widzisz ...
Inne tematy w dziale Rozmaitości