Poszedłem przez jakiś dziedziniec zamku lub starego kościoła, nie wiem, nie jestem tego aż tak pewny! Księżyc był w pełni, ale w tym czasie co przechodziłem dziedzińcem chmura go zakryła, na placu przez który przechodziłem stała chyba studnia - taka, jakie się widzi w starych zamczyskach obronnych, nie przyglądałem się jej, bo nie było sensu - zbyt ciemno było, a ja musiałem iść dalej. Doszedłem do światełka zobaczyłem drzwi otworzone i schody słabiutko oświetlone w dół biegnące, więc nimi zszedłem. Po zejściu, na dole już - spojrzałem, w prawo i ujrzałem drzwi uchylone do słabo oświetlonej komnaty - wszedłem, tu ujrzałem puste ściany i całe jej puste wnętrze o wybielonych ścianach, stanąłem na jej środku i nie wiedziałem gdzie dalej iść, żadnego znaku. Po chwili drzwi się otworzyły po przeciwległej ścianie, i wszedł ktoś cały w czerni; narzuta, kaptur z siateczki drobniutkiej tak, że rysów twarzy tego faceta czy też kobiety nie szło rozróżnić, jejku pomyślałem sobie, a to co?, kagulardzi jeszcze istnieją? Gdzie ja trafiłem?, co oni chcą ze mną zrobić?, co w ogóle chcą ode mnie, same pytania bez odpowiedzi - szok! Ten ktoś podszedł dość blisko do mnie i rzekł grobowym głosem, aż mnie ciarki przeszły po całym ciele; czy jest pan gotów poddać się próbie, jakiej próbie pomyślałem błyskawicznie?, i faceta pytam niezdecydowanym głosem, po co?, i dlaczego akurat ja? Bracie dowiesz się wszystkiego już po próbie jeśli wyrazisz na nią zgodę, a wiem że odwagi Ci starczy. Wkurzył mnie tym swoim zwątpieniem we mnie, i w moje siły, więc wykrzyczałem prawie na całe gardło w duszy - taak! A jemu cicho i krótko odpowiedziałem - zgoda!
Po chwili pożałowałem tego mojego emocjonalnego zachowania się, bo facet od razu rzekł; pewny jest pan tego?, bo życie pańskie jest zagrożone, a odwrotu już po przekroczeniu tamtych drzwi nie będzie, co miałem robić? Szarpał mną wewnętrzny niepokój przed nieznanym, ale cóż - nigdy nie wycofałem się z już raz danego słowa - jak raz powiedziałem tak, to było tak, i nic nadto! Jeszcze raz mu odpowiedziałem z zaciśniętymi prawie zębami, aż do bólu - zgoda! W końcu nie na wycieczkę tu przyjechałem, co czułem zaraz po telefonie mojej informatorki jeszcze w domu, a przeczucia moje jeszcze nigdy mnie nie zawiodły.
Proszę więc za mną, rzekł w moim kierunku zakonnik, jak mniemałem słusznie zresztą. Podprowadził mnie pod następne drzwi, tu stała ławka na dwie osoby, on przystanął przy niej i odwracając się do mnie rzekł; proszę tu złożyć swoje ubranie, jak to pytam; spokojnie, dostanie pan swoje ubranie zaraz po próbie.
Cóż miałem robić; rozebrałem się jak mnie PAN BÓG stworzył, i czekam dalej na coś czego nawet nie byłem wstanie sobie wyobrazić, trochę zimno mi się zrobiło bez odzieży, ale cierpliwie czekam na ciąg dalszy. Proszę te drzwi przejść i iść za głosem intuicji-serca, życzę powodzenia. Odwrócił się i wyszedł sztywnym miarowym, jak żołnierz krokiem, tymi samymi drzwiami, co tu ze mną wszedł. W tej komnacie była jakaś dziwna akustyka, przy krokach i mowie powstawały, takie; dźwięki, różnego rodzaju odgłosy, powtarzające się grobowe echo, że aż serce drżało mimo woli. Stałem jeszcze przez chwilę po jego odejściu, nagle się przeżegnałem i wszedłem za te drzwi zamykając je za sobą, aż jęknęły, i to na stałe, bo zauważyłem że od wewnątrz klamki nie mają, a więc pomyślałem tylko, ta droga jest bez odwrotu i tylko w jedna stronę - poszedłem w przód ciemnym korytarzem, bo tu świateł nawet tych słabiutkich nie było. Trzymałem się boku szorstkiej, bardzo nierównej kamiennej ściany, i posuwałem się wolno, krok za krokiem, krok za krokiem, aby tylko iść do przodu. Straciłem już rachubę czasu, ale podążałem cierpliwie dalej z sercem i duszą na ramieniu. Nagle jak coś; tuż, tuż, przy mnie nie wrzaśnie przeraźliwym, jakby go ze skóry na żywca odzierano głosem, że mnie to aż usztywniło, jak kołek w ostrokole palisady obronnej, tuż przed fosą zamku obronnego, nagle do tego wrzasku dołączył się cichy, intensywny płacz malutkiego dziecka i słowa przytłumione, rozpaczliwie wzywające pomocy.
Kurka wodna, coś mnie wewnętrznie ruszyło, chciałem lecieć na ratunek mimo niemiłosiernego przerażenia, ale nie wiedziałem, w którą stronę, ponieważ echo roznosiło się dookoła mnie, tworząc ze mnie centrum tego wszystkiego i skupiającego się tylko i wyłącznie na mnie, co zdwoiło mój paraliż ciała! Trwało to zbyt długo, jak na moją cierpliwość, gdy miałem już ruszyć w wybranym słusznie moim zdaniem kierunku. Zapanował nagle; spokój, cisza, wszystko wyciszyło się, jak morze po nagłym ucichnięciu wiatru, stała się przerażająca tym razem grobowa cisza, nie wiem jak długo do siebie dochodziłem nim poszedłem dalej! Szedłem; krok, za krokiem, powoli stawiając nogi na niewidocznej nierównej nawierzchni korytarza. Po jakimś czasie korytarz - chyba korytarz, bo w tych ciemnościach nie widziałem rozmiarów tego pomieszczenia czy pomieszczeń, którymi szedłem w nieznane mi obszary mojej psychiki i duchowości, i chyba nie tylko, przynajmniej ja o tym tak w tym czasie myślałem, bo tak mi się to z tymi pojęciami kojarzyło, co mnie wcale nie uspokoiło!
Najgorszą chyba z rzeczy u człowieka jest; niepewność, strach przed nieznanym, i niewidzialnym a odczuwalnym, ale nie wolno dopuścić zmysłów do przerażenia wręcz paniki, bo wówczas po nas już, i po naszym zdrowym rozsądku!
Teraz skręciłem w prawo i poruszam się dalej tym jakby korytarzem - błysnęło coś, raz i drugi przede mną, jakby ktoś palnik od spawania acetylenem zapalał, jakieś potwory, których zarysy widziałem na ścianach ruszyły prosto na mnie ziejąc ogniem, wręcz piekielnym. Zacisnąłem pięści i nachyliłem się odruchowo nisko ku posadzce, płomienie przeszły tuż nad moją głową, poczułem tylko bardzo mocno rozgrzane powietrze i zapach przypalonych włosów, i palonej się ludzkiej skóry - mnie mdlić już zaczynało. Po chwili usłyszałem przeraźliwy ryk spotęgowany echem w całym tym pomieszczeniu, jednak z wielkim przerażeniem, ale idę po omacku dalej do przodu, do wyjścia, jeśli ono tu gdziekolwiek w ogóle jest! Znowu ten paraliż mojego już i tak bardzo nadwyrężonego ciała, potwory tuż przede mną będąc nagle zniknęły, by ukazać się z tyłu za mną, powtarzając jak gdyby ten sam wściekły rytuał, i tak aż do piątego razu o ile się nie mylę, pot moje ciało zalał mimo przejmującego zimna - chwilę później, gdy poczułem się osaczony przez to zło i zgubiony prawie, wszystko; ucichło, uspokoiło się, i gdzieś przepadło. Ruszyłem wolno dalej przed siebie nie wiedząc; ani gdzie jestem, ani jak daleko mam do wyjścia, co mnie dalej czeka?, ta niepewność mnie mroziła wręcz, i tak z zaciśniętymi pięściami, aż do bólu ruszyłem przed siebie do nieznanego mi wyjścia, o ile tam dotrę i to przeżyję!
Namacałem jakieś drzwi, i wpadła mi głupia myśl do głowy, że po ich otworzeniu; to już koniec tej udręki, tej mojej niedoli, tego mojego przerażenia, ale błąd! To była jakaś komnata, w której dziwna poświata się odbijała od ścian, sufitu, kamiennej wypolerowanej do połysku posadzki, jednak oświetleniem tego bym nie nazwał. To wyglądało tak, jakby tu było widać słabiutki wschód słońca lub łunę od ognia, ale widoczną z dużej odległości. Doszedłem do środka sali i stanąłem jak wryty, spod podłogi czy czegoś tam buchnęły płomienie w górę dookoła i otoczyły mnie ciasno, jak dopasowany sygnet na mój palec - tak, że uciec nigdzie przed nimi nie mogłem. Po chwili powolutku płomienie zaczęły się zbliżać do mojego ciała z każdej strony równomiernie, stałem jak wryty, oniemiały, i przerażony do granic ludzkich możliwości; zero myśli, zero nadziei - koniec, pomyślałem tylko nim stanąłem cały w płomieniach! Płonąc rzuciłem z przerażenia, i z całej siły słowa: "nie pokonasz mnie ogniu piekielny, i ty demonie z piekła rodem, iluzjo moich zmysłów - jestem ponad tym, i ponad twoją mocą mamienia moich zmysłów! Czułem smród palonego się ciała, nie przeciętną gorączkę, tak; iż mi dech zapierało, bo przecież samymi płomieniami oddychałem, jedna myśl tylko mnie nagle tu i teraz zaświtała; uciekaj, ratuj się, bo zginiesz, spalisz się, jak kawałek dobrze wysuszonego drewna! Jeszcze raz z całą mocą rzuciłem demonowi ognia, że na nic jego płomienie i skoczyłem przed siebie! Nie powiem tu, że jak oparzony, ale na pewno jak płonąca żywa pochodnia! Wtem płomienie zniknęły, a ja opadałem na dno jakiegoś basenu z zimną jak diabli wodą, omdlały z przerażenia po przeżytym pożarze, nagle zbrakło mi powietrza, wciągając jakoby powietrze załapałem potężny łyk zimnej lodowatej wręcz wody. Myślałem że to sen, ale to nie był sen, tylko rzeczywiście zimna jak lód woda! Nagle, poczułem dno pod sobą palcami stóp - poczułem równocześnie potężny brak powietrza w płucach, i z trudem wielkim wybiłem się mocno nogami w górę, ku powierzchni wody. Zacząłem się krztusić, czułem bardzo silny ból w płucach, duszności nieprzeciętne, mdłości, znowu ta myśl zbawienna mnie poganiała; szybciej, szybciej, bo się utopisz, płuca sobie mocno uszkodzisz, ale co ja mogłem w tych ciemnościach zrobić, jak nawet nie byłem pewny; w dół, w bok, czy w górę płynę! W końcu poczułem lustro wody, i powietrze nad nim złapałem do płuc, aż mnie zatkało ponownie, i ponownie wodą się zachłysnąłem, ale tym razem już bylem pewny, że jestem uratowany!
Tylko kurka wodna, w którą stronę mam płynąć?, nagle zauważyłem tuz przed sobą malutki płomyk, jakby ogarek świecy, tak mi się przynajmniej wydawało, więc popłynąłem w jego kierunku. Wyszedłem z tego nieszczęsnego basenu, i walnąłem się jak kłoda na brzusio, nogi mi odmówiły dalej posłuszeństwa. Leżałem tak chwilę, aż oddech; mi się uspokoił, wyrównał i krew zaczęła równomiernie krążyć w moich żyłach. Po chwili leżenia doszedłem ciut do siebie - powolutku wstałem, cały obolały, jakbym pod cepy przy omłotach snopków zboża na klepisku w stodole rolnikom wpadł!
Na korytarzu rzeczywiście malutka świeczka już się dopalała, spojrzałem na nią i przeleciało mi przez myśl, pomysłowo wymodzone - nie mogę nią sobie dalszej drogi oświetlić, bo już prawie dogasała - cóż, muszę iść dalej w ciemnościach. Zmarzłem w tej wodzie niemiłosiernie, przerażenie też zrobiło swoje. Namacałem ścianę, bo świeczka zgasła nim do niej doszedłem, posuwałem się dalej powoli krok za krokiem szczękając zębami, jak pies pożerający łapczywie stare kruche kości, o mało nie gubiąc plomb!
Znowu jakieś drzwi namacałem; kurka wodna, myślę sobie, teraz ostrożnie, bo znowu w coś wdepniesz nieprzyjemnego, i ci serce tego może nie zdzierżyć, bo i tak już pod gardłem na wylocie jest, ale cóż robić? Trzeba brnąć dalej ku swojemu przeznaczeniu, troszkę się uspokoiłem wewnętrznie i zacząłem sobie wmawiać że mi gorąco, by ciało rozgrzać sobie mantrą ognia, i plomby w zębach zachować do końca tej drogi dochodząc.
Jednak; zimno, okropne zmęczenie, sen mnie dobijały, a pragnienie wręcz mnie dusiło, w gardle mi zaschło a język stał mi, jak kołek w płocie, to ta prawdopodobnie chlorowana woda, tak na mnie działa z tamtego zaliczonego jak mniemam basenu, co go chciałem wypić jednym haustem. Otworzyłem wolno następne drzwi i wszedłem ostrożnie do środka komnaty, a tam światło czerwone delikatnie przyciemnione, łoże duże wręcz królewskie rozesłane , na środku stół, obok fotel wygodny, a na stole dzbanek z jakimś napojem i szklanica koloru czerwieni, albo od tych zasłon przy łożu tak w niej światło się odbijało kolorując go. Nie to było jednak najważniejszym, tylko zaspokojenie mojego pragnienia, gdzieś ponad moją głową łagodnie muzyczka zaczęła grać, tak jakoś mi się lekko na duszy zrobiło, że o zimnie zapomniałem i innych moich dolegliwościach, już chciałem sobie spocząć, ale jakiś głos wewnętrzny mnie ostrzegał; to podstęp, to podstęp, i nie mogłem się drania w żaden sposób pozbyć, mimo zmęczenia!
Nie siadając na wygodnym fotelu, chyba dla mnie przygotowanym po tych wszystkich moich trudach, bym sobie mógł; w ciszy, i spokoju, przy delikatnie brzmiących tonach muzyki klasycznej spocząć i delektować się winem, jak się domyślałem słusznie czy też nie, jednak nie!
Przezornie nalałem sobie troszkę tego napitku i zacząłem delikatnie nim się rozkoszować, a to co?! Ambrozja?, nektar?, napój samych BOGÓW? Przecież to jest bardzo aromatyczne i smakowite wino, jejku pomyślałem, teraz to się dopiero rozgrzeję - co mi tam, po takich przeżyciach mogę ciut ciało, zmysły, oraz duszę odprężyć! Tylko ten wewnętrzny niepokój i ten głos rozsądku do mnie przemawiał, wręcz na siłę, i mnie odpychał od tych podniebienia rozkoszy; dość, starczy, nie ruszaj tego wina więcej, synu marnotrawny! Ale ja uparciuch sobie go jeszcze do pełnego kielicha nalałem, wziąłem do ręki i do ust przytykam. Nagle młode kobiety w zwiewnych strojach pod którymi nic nie miały na sobie wpłynęły wręcz na salę, jak leśne; duszki, elfy, nimfy, etc! Zaczęły tańczyć do około mnie, zapomniałem całkiem, że na sobie nie mam żadnej odzieży, zacząłem się z nimi kręcić, w tym korowodzie zwiewnych jak woal panien półnagich! Jedna z nich zaczęła się o mnie ocierała namiętnie, mnie to zaczęło podniecać ogromnie, poczułem rozkosz w całym ciele zapominając o całym świecie, i nagle to ostrzeżenie - golasie wiej stąd, i to od razu!
Teraz dopiero poczułem chłód na całym swoim ciele, odstawiłem szybko kielich, stanąłem jak wryty, a w tym samym czasie tancerka co o mnie się ocierała zawzięcie wzięła mnie w swoje ramiona i na łoże pchnęła z całej siły! Padłem na nie, na wznak jak długi, takie ono; wygodne, mięciutkie, że tylko się wtulić i spać, ale gdy tancerka już miła na mnie się rzucić, by mnie otulić czule całym; nagim, cieplutkim, pięknym, rozkosznym swoim ciałem, odsunąłem się instynktownie w bok, i szybko wstałem. Tancerka wpadła w pierzynę i szybko się odwróciła twarzą do mnie szepcząc czule, i namiętnie; chodź miły, chodź do mnie, bo więdnę bez ciebie, i jest mi bardzo zimno, smutno; chodź, chodź, chodź tu do mnie, pociesz moje zmysły, a ja ogrzeję twoje zimne ciało!
Mnie jednak coś powstrzymało od tego nierozważnego kroku, odwróciłem się szybko na pięcie, i pobiegłem do następnych drzwi! Za sobą usłyszałem tylko; szyderczy śmiech, przekleństwa, i grzmot przerażający, jakby piekło całe waliło mi się na głowę. Ocaliłeś brachu życie swoje, tylko to mi przez myśl przemknęło, znowu te potworne ciemności i wewnętrzny niepokój, i ta myśl pytająca; co jeszcze, co jeszcze przede mną jest?!
Posuwałem się dalej po omacku i chyba do przodu, oj; i znowu ta niepewność, strach gdzieś z głębin moich zmysłów wydobywający się. Doszedłem do następnych drzwi - uchyliłem je ostrożnie, i zajrzałem do środka; znowu stół, kielich, i to niezaspokojone pragnienie! Podszedłem, ale już z góry sobie postanowiłem, że tylko usta zmoczę, by mi nie pękły od wysuszenia się, i idę dalej, tak też zrobiłem. Wypiłem łyk tego wina o jakimś dziwnym; zapachu i smaku - niedobrze mi się po nim zrobiło! Zaczęło mi się w głowie kręcić na wymioty mnie brać; pomyślałem sobie tylko, to już koniec ze mną, ktoś mi truciznę podłożył z tych dobrodziei, którzy tu mnie celowo ściagnęli.
Wtoczyłem się do następnej komnaty zamroczony; widzę, miecz jakowyś stoi oparty o ławę, na klindze grawerowany w jakieś piękne wzory, a w drugim końcu jakaś bestia czy to mutant-człek stoi, zwidy mam myślę sobie, czy to rzeczywistość?, ale to nie były zwidy, temu mutantowi czy kogoś tam jeszcze, w oczach jakby ogień się palił, i szedł wolniutko w moja stronę, pomyślałem błyskawicznie - miecz! I do niego dopadłem jak błyskawica zasłaniając się jednocześnie przed ciosem tamtego stwora piekielnego, bo by mi łeb jak nic odrąbał swoją maczetą. Tak, ta jego broń wyglądała jak maczeta, którą przez dżungle ludzie rządni przygód się przecinają. Odskoczyłem i czekam co będzie dalej, teraz jakiś wewnątrz skoncentrowany czułem się i nadzwyczaj spokojny, o dziwo bez odrobiny strachu, a ten stwór znowu na mnie ruszył z wrzaskiem przeraźliwym brzmiącym, jak ryk potężnego Lwa, aż się posadzka w komnacie zatrzęsła i ściany, zrobiłem unik i ciąłem go przez łeb z całej siły, aż mnie rzuciło w bok, i o mało nie upadłem na posadzkę, jak długi - myślałem, iż teraz to już po nim jest!
Odwracam się na bok, jednocześnie szybko wstając, patrzę oczami Bazyliszka, a ten stwór stoi przede mną w ogóle nie ruszony, co jest myślę sobie?, ki czort? Przecież go trafiłem, ale ten mutant z piekła rodem nie pozwolił mi na dłuższe rozmyślanie, ryk ponownie się rozległ, aż na nogach przysiadłem, ten czort z piekła rodem znowu na mnie ruszył z pianą w pysku, rycząc niemiłosiernie, jesteś; mój, mój, mój! Pociemniało mi jakoś w oczach, o mało nie upadłem, ale w ostatnim odruchu jeszcze ciąłem z całej siły w łeb potwora, i poprawiłem dwoma szybkimi jak błyskawica uderzeniami wykonując mieczem krzyż! Bryznęła z mutanta krew, jakby ktoś nią wiadrem na mnie chlusnął, aż mnie obrzydzenie wzięło i tym razem zacząłem zwracać wszystko co jeszcze w żołądku miałem, a dużo tego nie było prócz wody, i tych mieszanek, co po drodze wypiłem. Spojrzałem na to wszystko jakimś mętnym, obojętnym wzrokiem z wewnętrznym spokojem, że to już po potworze, i ja w całości tu stoję, prócz poparzenia całego ciała dodatkowo zbryzganego krwią tego stwora, zrobiło mi się nagle ciemno w oczach - straciłem przytomność i runąłem jak długi na posadzkę!
Ocknąłem się na sali wyposażonej w meble bardzo stare; znam się troszkę na tym, bo reklamacje dały mi dużą wiedzę poznawczą starej sztuki, którą uzupełniałem również wiedzą czerpaną z książek na temat; naprawy i renowacji mebli stylowych, pomagałem też koledze w odnawianiu starych zabytkowych mebli. Lubię sztukę, więc widok tego pokoju sprawiał mi dużą radość dla moich zmęczonych oczu, wyczerpanego ciała i duszy. Rozglądałem się ciekawie dookoła siebie już siedząc; po ścianach, podłodze, suficie, ale na nich nic nie było, po prostu były prawie gołe, tylko miejscami jakiś kilim wisiał ładnie wyhaftowany ręcznie, w starym stylu - rękodzieło ludzkiej fantazji i piękna, ale meble to chyba okres średniego Baroku - cudo możliwości ludzkiej ręki i artyzmu.
Do tej sali, w której siedziałem sobie i podziwiałem makaty na ścianach, i meble weszło dwóch ludzi, jeden wyższy drugi ciut niższy obaj ubrani na biało, tj; białe szaty i na nich płaszcze z krzyżem, na lewej stronie klatki piersiowej - jeszcze takich krzyży nie widziałem, były to cztery róże, w kolorze krwi(czerwone) tworzące krzyż i cztery białe Lilie heraldyczne obszyte złotą nicią położone w stosunku do krzyża z róż pod kątem 45 st. tworząc w ten sposób jakby gwiazdę ośmio-ramienną, przez myśl przeleciała mi RÓŻA WIATRÓW, na głowach zaś mieli białe ażurowe kaptury ze srebrnej drobnej, nawet bardzo drobnej siateczki, przez którą oni mnie widzieli, ale ja rysów ich twarzy nie widziałem. Podeszli spokojnie do mnie i bez słowa podali mi szatę białą dokładnie złożoną w czworobok równoramienny i kaptur biały. Wyższy spokojnym i łagodnym głosem rzekł łamaną polszczyzną: "Bracie przywdziej tę szatę i ten kaptur", po czym obaj skłonili się lekko i wyszli. Wstałem ostrożnie z ławy i patrzę po całym swoim ciele myśląc głośno, i do siebie powiadam - co jest?, nic na mnie nie ma, czyste całe moje ciało, dopiero teraz na to zwróciłem swoją uwagę; bez oparzeń, bez ran, że też od razu tego nie zauważyłem, ale to chyba przez wystrój tej komnaty nie zwróciłem uwagi na siebie, że ktoś mnie uleczył w cudowny sposób ...
FELIKX, QUI POTUIT RERUM COGNOSCERE CAUSAS - WERGILIUSZ ...
Inne tematy w dziale Rozmaitości