Wróciłem do domu i zacząłem rzeczy układać, nagle coś, jak nie trzaśnie w kredens kuchenny, aż podskoczyłem. Zimno lodowate i dreszcze mnie mimo woli przeszyły, jak strzała amora zakochane serce - jejku, jak nie krzyknę odruchowo, a-kysz! Cholera myślę sobie, co tu grane?, nigdy z czymś takim nie spotkałem się jeszcze, ale zmusiłem się do dalszej pracy. Znowu zgrzyt przeraźliwy czegoś, i jak nie trzaśnie w kuchni, tym razem w stół, i po chwili coś spadło na posadzkę, myślę sobie wystraszony jak diabli – szklanka pewnie spadła na terakotę - słyszę, jak szkło się rozpryskuje po całej posadce, zmusiłem się i wpadłem szybkim krokiem do kuchni. Patrzę na kredens, wszystko cacy, na stół - szklanka stoi, szukam szkła na posadce, nie ma - co jest?, pytam samego siebie, lekko zmrożony tą całą sytuacją. Dotarło w końcu do mnie, że zaczynam już ze sobą rozmawiać, jak paranoik. Teraz poczułem zimny przejmujący dreszcz i zimny pot, który ciekł mi po plecach stróżkami, o w mordę! Przeleciało mi przez myśl; zaczyna się sprawdzać to, co mi niektórzy dobrodzieje mówili i odradzali z tego powodu właśnie, moją decyzję wyjazdu na tę tu placówkę. Po chwili uspokoiłem się na tyle, że mogłem dalej rozkładać mój osobisty bagaż, ale coś mnie w środku niepokoiło, trudno określić co to było, jakiś wewnętrzny niepokój mną targać zaczynał. Pomyślałem, uspokój się, to wyimaginowany twój strach, tylko kurka wodna, skąd on się wziął u mnie, przecież nigdy go nie odczuwałem, a może te opowiadania o zamordowanych tu ludziach?, a może te sny, tak na mnie podziałały i na moją podświadomość, i teraz moje emocje szaleją na dobre. Uporałem się w końcu z moimi tobołami, poszukałem wiadra do wody i wyszedłem do studni po wodę do mycia. Studnia była ładnie zrobiona z pięknym kołowrotem przykryta rzeźbioną dębową pokrywą umocowaną na zawiasach ręcznie kutych. Słabo to było widać przy świetle księżyca, ale widziałem w tym jakieś piękno, które mnie urzekło, a które stworzył mój poprzednik, pewnie w wolnych chwilach. Musiał być nie lada artystą amatorem, to się wyczuwa patrząc na to małe dzieło wykonane przez tamtego człowieka. Ale jedźmy dalej – nabrałem wody, i zacząłem szukać jakiejś misy czy balii do umycia się, zauważyłem ją opartą o mur niedaleko narożnika domu, podszedłem i wziąłem ją oglądając pod światło księżyca czy nie ma dziur, ale na moje szczęście była cała. Podszedłem do studni nalałem trochę wody, by opłukać ją z kurzu, i piasku nawianego przez wiatr. Wlałem wody do mycia i zanurzyłem głowę w zimną wręcz lodowatą wodę, potrzymałem przez chwilę ją pod wodą, i wyjąłem na powierzchnię. Otrząsnąłem z włosów i twarzy nadmiar wody - poczułem się teraz rześki, i rozluźniony nieco, więc wróciłem do domu po ręcznik i mydło. Postanowiłem umyć się cały na dworze, zrobiło się bardzo jasno od księżyca i gwiazd na bezchmurnym niebie, daleko było od gapiów, więc co tu ukrywać, spodobał mi się ten pomysł, i dobre to było, bo poczułem się, jak w wojsku na poligonie drawskim - pamiętasz?, tak; bardzo dobrze to pamiętam przyjacielu. A pamiętasz te piękne chwile spędzone na poligonach pod chmurką i mycie się w jeziorze, albo w miskach pod cysterną zimnej, jak diabli wody? Oczywiście odrzekłem, to były piękne dwa lata szkoły naszego życia i przetrwania, w różnych warunkach atmosferycznych, nawet i tych skrajnych, tak; to prawda, dodał rozmarzonym głosem Andrzej. Dzieci patrzyli na nas z wyczekiwaniem i napięciem, co będzie dalej. Andrzej po chwili milczenia zaczął opowiadać swoje przygody dalej. Po umyciu się posprzątałem po sobie wszystko przy studni, i wziąłem; ręcznik, mydło, balię, którą oparłem o mur domu - wracając do mojego, tak upragnionego domku. Wtem usłyszałem pohukiwania Sowy, całkiem niedaleko mnie - znowu, ten bardzo nieprzyjemny zimny dreszcz przemierzył moje ciało wzdłuż i w szerz, zrobiło mi się bardzo zimno, i jakoś nieswojo. Spojrzałem na księżyc, jak na dużą srebrną monetę i wszedłem do sieni, a później do pokoju. Zamknąłem drzwi, wyjąłem z plecaka moje radio tranzystorowe, poszukałem muzyczki, żeby rozładować to moje wewnętrzne napięcie. W radiu leciała jakaś monotonna melodia z lat sześćdziesiątych, rozłożyłem sobie łóżko i położyłem się wzdłuż niego. Po chwili przerwano melodię, i spiker zapowiedział godzinę dwudziestą trzecią, popłynęły z eteru wiadomości, chcąc nie chcąc musiałem ich wysłuchać. Nie cierpię wręcz polityki i tego co wyczyniają z nami ci jakoby przez nas wybrani politycy, o ironicznym wzroku i tępych uśmiechniętych twarzach, którzy postępują z ludem, jak z bezrozumnym bydłem. Twierdzą, że to jest dla dobra ludu, w końcu to władza ludowa - myślą, że ludzie są tak głupi, iż nic do nich nie dociera prócz żarcia, które ich przy życiu utrzymuje, by na nich znowu zagłosowali przy następnych wyborach. Czasami sam myślę, że to prawdą jest, bo mimo nabijania nas w butelkę, chodzimy i głosujemy na to „coś!”, co rządząc zachowuje się jak UFO, gdzie się dotknie, to wszystko znika - zamiast powiększania się ilości wytworzonych dóbr i środków, to one „gdzieś znikają”, nawet NIK gdzieś znikł, i leci ten niekontrolowany korupcyjny kabarecik! Dzieci skupione dotąd poprawiły się nieznacznie i czekały co będzie dalej. Andrzej przerwał ten polityczny monolog, i po chwili milczenia, rzekł - wróćmy jednak do tematu ...
Inne tematy w dziale Rozmaitości