Leżę i leżę, a sen jak nie przychodził, tak nie przychodzi, zaczęło mną walać po łóżku od brzegu do brzegu, i naraz – cholera! Jak znowu nie rąbnie w kuchni, aż podskoczyłem, zerwałem się z łóżka na równe nogi, i szybko biegnę do kuchni - myślę po drodze, kurde; coś jest nie tak, naprawdę tu straszy, choć w to nie chciało mi się jeszcze wierzyć, mimo kilku takich niewyjaśnionych sytuacji. Podszedłem do drzwi kuchennych powoli, uchyliłem drzwi i zaglądam do wewnątrz, ale kurka wodna przy świetle księżyca dużo nie było widać, więc wróciłem ponownie po lampę naftową i idę z powrotem. Doszedłem do kredensu, nic nie widać; ani na podłodze, ani na kredensie, ani na stole. Wszystko na swoim miejscu stoi, tak poustawiane, jak przed opuszczeniem kuchni ustawiłem. Wiecie, ten niepokój cały czas jest we mnie - jestem podszyty lekkim strachem, co dodatkowo wzmaga we mnie napięcie i te paskudne odczucia oraz słyszenie, tego; huku tłuczonego się szkła, kroków, postukiwań. Obszedłem stół prawie z nosem przy podłodze i też nic, co jest w duchu sobie myślę, czyżbym się przesłyszał, ale to niemożliwe, przecież wyraźnie słyszałem, że coś spadło. Jeszcze raz omiotłem wzrokiem kuchnię cal po calu i wróciłem ciut uspokojony do pokoju. Boże, myślę sobie; daj mi biednemu siły, abym stąd nie uciekł, bo wstyd i hańba dla mnie i potomnych. Poza tym, coby koledzy powiedzieli, że mnie jakieś niewidzialne duchy czy siły nieczyste wykurzyły z domu na dwór?, szok! A ja przecież zapierałem się, że się wcale ich nie boję, ale by było używanie na mojej skromnej osobie. Boże Ty mój, aż strach pomyśleć - kurde, wolę już tu z duchami walczyć, jak tam z moimi koleżankami i kolesiami po fachu, pomyślałem sobie w duchu. Spiker w radiu znowu miłym głosem, zapowiada; jest godzina dwudziesta czwarta, a mnie coraz bardzie ogarnia strach niewiedząc dlaczego. Strach zaczyna mną trząść coraz bardzie, i bardziej, jak wiatr liśćmi Osiki - zimno przechodzi mnie z góry do dołu i z dołu do góry. Dzieci słysząc te przejmujące słowa zbiły się w mniejszą gromadkę, naraz Andrzej zerwał się z fotela, i jak nie krzyknie – duch! Wszyscy zamarli w pozycji wyczekującej, w drzwiach do kuchni stoi duch, krzyczy rozpaczliwie Andrzej, aż wszyscy podskoczyli i odwrócili się w stronę kuchennych drzwi bezwiednie. Andrzej zmienił ton głosu i kontynuował dalej opowieść, ściszając powoli swój głos na stojąco. W drzwiach od mojej kuchni stała biała widmowa postać, może sześcioletniego lub starszego nieco dziecka – dziewczynki, mówiąc to, Andrzej usiadł ciężko w fotelu. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu na dalszy ciąg tej strasznej opowieści. Andrzej podumał chwilę, i zaczął ciągnąć swoim ściszonym lekko drżącym głosem dalej tą straszną, mroczną scenę. Sparaliżował mnie całkiem ten widok – widok dziecka widma, prawie przezroczystego, nie mogłem się ruszyć z miejsca, byłem wmurowany w podłogę. A ta istota nie z tego świata, coś do mnie jakby mówi, ale ja nic z tego nie mogę pojąć - dziewczynka, chyba zauważyła moją głupią minę w świetle lampy naftowej, bo odwróciła się i zaczęła zmierzać w kierunku stołu kuchni – strach, jakby lekko zelżał, a ja mimo swojej silnej woli, szedłem za tą istotą nie z tego świata. Gdy byłem już w drzwiach kuchni, widmo dziecka akurat dochodziło do stołu, i odwracając swoją małą główkę w moim kierunku, rozpłynęło się, po prostu zniknęło. Strach, który mnie dotąd trzymał w swoich lodowatych szponach odszedł, jakby nigdy nic tu się nie wydarzyło, ale to było tylko moje skromne życzenie, bo przecież widziałem to widmo na własne oczy, i tego nie da się zaprzeczyć mojej świadomości! Wmawiałem sobie natarczywie, że teraz; nic nie widziałem, nic nie widziałem, nic nie widziałem, to majak senny! Położyłem się ponownie spać, jednak do rana praktycznie nie spałem, kręcąc się z boku na bok, myśląc ciągle o tym dziecku. O świcie wstałem wziąłem ręcznik mydło i do studni poszedłem się umyć, zimna woda orzeźwiła mnie trochę. Wróciłem do domu przeczytałem parę stron książki, później zrobiłem sobie naprędce śniadanie, wypiłem małą czarną, i wyszedłem za dnia na rozpoznanie mojego gospodarstwa. Przed domem na wprost, około dwudziestu metrów, stał budyneczek zadbany zwany obórką, nie był on zbyt duży, ale mógł pomieścić dwie krowy i z pięć świnek. Boksy były wyczyszczone, słoma w belach leżała w rogu obórki, przygotowana do podściółki, na przeciwnej ścianie stała drabina z wyjściem na stryszek, podszedłem wspiąłem się i zajrzałem na górę. Na górze było po jednej stronie siano po drugiej bele słomy poukładane jedna na drugiej. Ktoś musiał być dobrze zorganizowany, i wiele się musiał natrudzić, żeby to wszystko tak uporządkować. Wróciłem na dół i rozejrzałem się po okolicy, teren był porośnięty trawą poprzeplatany łatami żółtego piasku, a miejscami rosły małe krzaczki samosiewów. W promieniu około stu do dwustu metrów od ogrodzenia, rósł młodnik bardzo gęsty, dalej był wysoki las. Wysokość drzew od mojej strony była tak ułożona, że tworzyła szeroką, jakby kaskadę spływającej zielonej wody; kocham takie widoki, może dlatego zostałem leśniczym. Wróciłem do domu, domek parterowy o podwyższonym strychu; trzy pokoje, łazienka, komórka, kuchnia. W korytarzu schody dość strome prowadzące na poddasze, wchodzę na górę i na wprost schodów widzę drzwi do jakiegoś pomieszczenia. Druga część strychu jest wolna i uporządkowana, podchodzę do drzwi naciskam klamkę, otwieram powoli, i wchodzę do środka; tu widzę mały pokoik przygotowany jakby na przyjęcie małego dziecka, ściany wytapetowane w kolorowe misie, pod oknem mały stolik, z prawej strony łóżeczko z materacykiem, z lewej pod ścianą komódka, a na niej wazon w chańskie wzory ozdobiony. W oknie firanka biała, po bokach zasłony pięknie uformowane koloru błękitnego, co jest myślę sobie, czyżby ktoś w pośpiechu opuścił ten dom całkiem nie dawno, zostawiając w nim cały dobytek swojego życia? ...
Inne tematy w dziale Rozmaitości