ekonomista  grosik ekonomista grosik
60
BLOG

Poczuj strach - wspomnienia z młodości, odc. V, cdn ...

ekonomista  grosik ekonomista grosik Rozmaitości Obserwuj notkę 5

No, no, pomyślałem, gość miał dużo wolnego czasu i nic tylko drwa rąbał z czego najbardziej ja mogę teraz korzystać. Wziąłem naręcz suchego drewna i wróciłem do kuchni, rozpaliłem w westfalce ogień i wstawiłem wodę na kawę. Z torby wyjąłem puszkę szynki, ser żółty, masło, chleb, i przygotowałem sobie kanapki. Kurcze blade, pomyślałem sobie, żona by się przydała, ale jaka ślicznotka tu przyjść się zgodzi na to zadupie. Woda się zagotowała wsypałem kawę do szklanki i zalałem gotowaną wodą, wspaniały aromat kawy rozpłyną się po całej kuchni. Przekąsiłem co nieco i wyszedłem z domu żeby przygotować rower do drogi. Pokręciłem się jeszcze trochę po obejściu i dosiadłem mój składany nogo-pędny pojazd. Do wioski było około dwudziestu minut drogi rowerem, zaraz na początku wsi stał domek sołtysa wstąpiłem do niego, bo jak już, to tylko on musiał tu mieć telefon. Sołtys człowiek niewysokiego wzrostu lekko łysiejący o figlarnych niebieskich oczach, po przywitaniu się spytałem go czy mogę skorzystać z telefonu, od razu zgodził się bym mógł przedzwonić do moich zwierzchników i do rodziców. Szefowi streściłem moje spostrzeżenia w gajówce i zamiary co do mojej tu pracy oraz omówiliśmy krótko dalsze na razie tylko telefoniczne kontakty. Po skończeniu z nim rozmowy zadzwoniłem do rodziców, również im opowiedziałem pierwsze wrażenia po przyjeździe do gajówki, ale o duszku nie napomknąłem. Po skończeniu rozmowy jeszcze raz z Sołtysem wymieniliśmy parę grzecznościowych słówek i umówiliśmy się na sobotę wieczór, na grę w karty(poker). Po wyjściu od sołtysa pojechałem do sklepu; tu kupiłem parę drobiazgów i świeży chlebek, herbatę, cukier i jeszcze jakieś drobiazgi, których teraz nie pamiętam. Do domu wróciłem po godzinie, przygotowałem wszystko do zrobienia obiadu, wziąłem; mapę, lornetkę, dubeltówkę, i wyszedłem obejść mój rejon. Po lesie wędrowałem, aż do późnego południa, a może i dłużej, bo słońce było już wysoko, jak postanowiłem wrócić i zrobić sobie obiad. Przechodząc próg, jakieś zimno poczułem, które przeleciało mi po moich rozgrzanych od słońca plecach, otrząsnąłem się i pomyślałem, że to moja nieświadomość coś tu kombinuje. Na obiad przygrzałem sobie Gulasz Węgierski z puszki i kaszę gryczaną, którą sobie ugotowałem, a do tego mizeria z pomidorów, cebulki, bazylii, imbiru, z dodatkiem soli i kopru oraz lampka czerwonego wytrawnego wina, czy to smaczne było?, hm; tego wam tu nie powiem, ale jak na kawalera, to dość apetycznie wyglądało, przynajmniej mnie się tak wydawało. Po obiadku straszne lenistwo mnie dopadło, więc się walnąłem na łóżko, by poleżeć chwilkę. Drzemka mnie dopadła ciut, i znowu ten sen; o dziecku, zerwałem się ze snu cały mokry, jak lis po ucieczce przed polowaniem z nagonką. Siadłem na brzegu łóżka ciężko oddychając - rozejrzałem się nieprzytomnymi, zaspanymi oczami po całym pokoju, ale nic tu nie było, co by ten sen mój zakłóciło. W końcu oczy moje skierowały się na stół w kuchni, patrzyłem na niego, jak zahipnotyzowany, nagle się otrząsnąłem z tego koszmaru, zerwałem się z łoża i wyszedłem na podwórze, tu trochę ochłonąłem. Siadłem na krzesełku i zacząłem się wpatrywać w studnię, ona mnie fascynowała od pierwszej chwili, pomyślałem; małe dziełko sztuki rzeźbiarskiej, facet miał talent. Spojrzałem dalej i zauważyłem nadjeżdżający w tumanie piaskowego kurzu samochód koloru jasnego, coś w rodzaju kości słoniowej, przynajmniej z daleka tak mi się wydawało, który jechał w stronę mojej bramy wjazdowej, była to "Warszawa", polski dobry samochód na takie drogi - patrzę i myślę, któż to może być? Wstałem i podszedłem do bramy - auto podjechało pod samą bramę, otworzyły się drzwi i z auta wysiadła; piękna, smukła jak Topola, wysoka blondynka, i szczebiotliwym głosikiem zaintonowała; dzień dobry! Dzień dobry odrzekłem, a ona zaczęła od razu - przyjechałam na polecenie rodziców, ma pan wieczorem chwilę wolnego czasu? , tak - odparłem, jak najmilej dla jej ucha! Zapytałem ją grzecznie, a o co chodzi?, a ona na to - o kolację, przyjechałam pana zaprosić na kolację, na godzinę dwudziestą - przyjedzie pan?, hm; a smakowita się zapowiada?, zaśmiała się i odpowiedziała; u nas tylko smakowite dania podają, teraz ja się roześmiałem i dorzuciłem szybko, więc dobrze; będę na pewno. Będzie mi bardzo miło poznać bliżej panią i pani rodziców dodałem prawie śpiewająco, i może ciut za szybko?, hm; mruknęła coś pod nosem, a głośno powiedziała - mam na imię Kasia, ku ścisłości: Katarzyna Górska mnie tu zwą! Rodziców przedstawię wówczas, jak pan przyjedzie do nas, i dorzuciła; a może po pana przyjechać? Nie, proszę się nie fatygować - dojadę na czas, a po drugie, z nieznajomymi kobietami nie jeżdżę samochodami, i to jeszcze lasem, dorzuciłem jej z uśmiechem. Katarzyna gdy już wsiadała do samochodu, dodałem jej szybko, po trzecie mam na imię Andrzej - Andrzej Fridon! Wrzasnąłem głośno, jakbym się bał, że nie usłyszy, ale ona usłyszała i odrzekła już siedząc za kierownicą auta. Proszę tak nie krzyczeć, bo zwierzęta pan wystraszy, tu jest las, a nie pole - proszę pana! Andrzej mi jest, a nie pan - ona ruszając lekko tylko uśmiechnęła się - dobrze już dobrze Andrzeju, to do kolacji, więc do miłego, czyli do rychłego zobaczenia - dorzuciłem półgłosem. Kurcze pieczone, myślę sobie, jak już odjechała, skąd takie cudo na tym pustkowiu, i serce mocniej mi zaczęło pompować krew, aż chyba pokraśniałem na buzi - może to moje przeznaczenie pomyślałem przez moment, ale gdzie ja do niej?, poczułem stygnący mój wcześniejszy zapał. Chyba słomianym on był pomyślałem z uśmiechem, ale obraz Kasi cały czas miałem przed nosem, jakby stała jeszcze na wprost mnie. Spojrzałem na zegarek, dochodziła osiemnasta, kurde myślę sobie, trzeba się umyć i ogolić, a czasu niezbyt wiele na to mi pozostało. Wpadłem do domu, capnąłem; lusterko, mydło, ręcznik, przybory do golenia, i wypadłem na podwórze. To wszystko położyłem na krześle, wziąłem miskę spod ściany i do studni po wodę śmignąłem co sił w nogach, w godzinę stałem wypacykowany, jak amant z francuskiego żurnala. To jest to, rzekłem przeglądając się w lustrze, jeszcze chwila i jadę do tej pięknej, i jej rodziców. Sprawdziłem czy wszystko jest w należytym porządku, zamknąłem dom, bramę, dosiadłem roweru i powoli ruszyłem na spotkanie swojego losu i przeznaczenia! Nie wiem dlaczego, ale w tamtej chwili, tak sobie ruszając w stronę wsi i domu Kasi pomyślałem. Do wioski wjechałem około godziny dziewiętnastej czterdzieści, było jeszcze troszkę czasu, więc zsiadłem z roweru i zacząłem iść spacerkiem obok niego. Przed jednym z budynków zauważyłem rozmawiających gospodarzy, podszedłem i zapytałem o dom państwa Górskich, wskazano mi piękny jednorodzinny domek niedaleko sklepu, z ogródkiem pełnym różnych kolorowych kwiatów. Wesoło jakoś na duszy mi się zrobiło, tak tu swojsko wyglądało wszystko, jak u mojej mamy; zadbane, poukładane, porządek w obejściu, jednym słowem - pięknie!

Zobaczyłem roześmianą buzię Kasi, która szła w moim kierunku ze słowami na ustach: witamy pana Andrzeja, przepraszam Kasiu, ale proszę nie dworować sobie ze mnie, przecież umówiliśmy się na Andrzeja, bez tego pana, prawda?, dobrze już dobrze! Ja tylko tak żartuję Andrzeju, po prostu mam dobry humor na widok ciebie, na wzajem odrzekłem, i oboje roześmialiśmy się, jak para nastolatków. Wszystko już przygotowane do spożywania kolacji - proszę, puściła mnie przodem dodając; rodzice już czekają! Wprowadziła mnie do dużego pokoju gościnnego, umeblowanego w stylu retro, i przedstawiła mi swoich rodziców, to jest moja mamusia Teresa - proszę tak do mnie się zwracać, oświadczyła mi mamusia Kasi, którą zaraz z gracją w rączkę delikatnie pocałowałem, i szepnąłem do niej żartobliwie; bukietu z kwiatami nie mam, bo widno jeszcze jest, i każdy gospodarz przy swojej zagrodzie stoi, nie miałem jak urwać. Teresa się roześmiała w głos, dodając; żartowniś z ciebie, a Kasia szybko dodała „szyja” rodziny Górskich. To mój tatko Roman - do mnie też proszę się zwracać po imieniu, będziemy się czuli bardziej swojsko, i na luzie - prawda?, prawda zaraz odparłem, Kasia uzupełniła, „głowa” rodziny Górskich, a to jest moi kochani rodzice Andrzej Fridon, nasz leśniczy - zwróciła się do obojga rodziców, i dzisiejszy nasz gość. Skłoniłem lekko głowę, jak mnie moi rodzice uczyli, i w chwilę po tym ceremoniale prezentacji zasiedliśmy do stołu. Na kolację podano zimne przekąski: szynkę, kiełbasę, pomidory przyprawione szczypiorem, koprem, pieprzem i solą, ogórki i dzbanek ze śmietaną, wszystko pachniało wspaniale - ach, co za wyżerka przeleciało mi, jak błyskawica przez myśl. Roman dodał, że to wszystko z własnego gospodarstwa, i wędliny też są własnej roboty. Pycha, odpowiedziałem biorąc się do konsumowania tych smakowitości, rzeczywiście wszystko smakowało wybornie i gorący dzbanek herbaty z leśnych suszonych owoców. Kolacja przebiegła prawie w milczeniu, ponieważ u nich był taki zwyczaj, że w trakcie spożywania jedzenia z pełną buzią się nie rozmawiało, a dopiero po zakończeniu podstawowego posiłku. Po kolacji, wśród żartobliwych dykteryjek - opowiadanych, przez: Teresę, Kasię i Romana, poczułem się jak we własnym rodzinnym domu. Oczywiście, ja choć nie należę do nieśmiałych osób, troszeczkę czułem się onieśmielony na początku, chyba przez Kasię, po prostu bałem się żeby przy niej nie wygłupić się, jakimś niekontrolowanym zdaniem, tkz; gafą, co się często zdarza, gdy jest tyle radosnych uniesień. Jednak później dołączyłem do grona tych trojga, i żartowałem równo z nimi. Roman wstając od stołu zapytał kobiety co wypiją, lampkę wina czy też gorzałkę wolą?, kobiety wybrały wino węgierskie: Tokaj, my zaś nalewkę spirytusową czyli kpn, tj; koniak pędzony nocą, zaprawiony ziołami i miodem naturalnym. Tak rozmawiając o wszystkich problemach, jakie nas trapią, każdego dnia sprowadziłem rozmowę na moich poprzedników, którzy zamieszkiwali przede mną leśniczówkę.

 

 

skromny - kochający wiedzę, i ludzi tolerancyjnych ...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Rozmaitości