ekonomista  grosik ekonomista grosik
52
BLOG

Poczuj strach - wspomnienia z młodości, odc. IX, cdn ...

ekonomista  grosik ekonomista grosik Rozmaitości Obserwuj notkę 4

Kobiety podały młode ziemniaki posypane koperkiem, dość mocno, sos z duszonych gołąbków, a na drugie danie był rosół z kurczaka, i jako przystawki surówka z pomidorów, ogórków z dodatkiem arbuza i śmietany, białe gronowe wino; coś wspaniałego dla podniebienia - później była dyskusja, i kawa wyborna, aż mi się nie chciało z domu ruszać. Po obiedzie jednak pojechałem do lasu, by zobaczyć jak idą prace i wywózka na wyrębie, w drodze powrotnej zajechałem do leśniczówki, by zobaczyć czy wszystko jest w porządku, i rzeczywiście nikt tu mnie nie nawiedził, bo wszystko tak było, jak zostawiłem. Wróciłem do Kasi rodzinki i zasiedliśmy do kolacji, a po niej; żarty się potoczyły, och! Jak mi tam było bardzo przyjemnie spędzać te dnie i noce, w które u nich gościem byłem. Z Kasią już chodziliśmy do sklepu pod rączkę, cóż; bliskość dwojga młodych ludzi, i czas razem spędzany kruszy nawet, zatwardziałe serca, i zawraca w głowie; byłem w niej śmiertelnie zakochany, co stało się powodem tego, iż po tygodniu podziękowałem im za dobre serce i gościnę. Wróciłem do leśniczówki spać, czyli na swoje wymarzone miejsce i do mojego duszka. Kasia mnie często odwiedzała, ja do nich rzadko jeździłem, wykręcając się pracą w lesie i robieniem huśtawki przy domu. Po trzech tygodniach zadzwoniłem od sołtysa: Jarosława Bąka do Kapitana Bielika, z pytaniem czy mogę już zwłoki, a raczej te kosteczki zabrać, kapitan akurat wrócił na posterunek, gdy już miałem słuchawkę odłożyć, i odebrał mój telefon; słucham, kto mówi?, Andrzej Fridon; panie kapitanie a..., to pan Andrzeju?, tak, to ja, ten z leśniczówki. Oględziny dokonane, więc nie widzę przeszkód, by te kości mógł pan zabrać, przepraszam kapitanie, a jutro mogę je wziąć pytam go, oczywiście, ok; to do jutra – dobrze odrzekł kapitan, więc do jutra! Ruszyłem do domu Górskich, spotkałem Kasię na podwórku, jak gołębie karmiła, a było tych gruchających pięknych ptaszków całe podwórko. O..., co ja widzę; śmiejąc się zadrwiłem sobie z Kasi; gospodyni, w akcji?, roześmiała się tym swoim dźwięcznym głosikiem, który mnie urzekał zawsze, gdy się tak śmiała, a tak dopowiedziała; „gospodyni Magda, żarcie świnkom zjadła, krowę wydoiła, gołąbeczki nakarmiła, teraz z siebie dumną była”, i dalej ten jej śmiech, aż mnie serce mocniej uderzyło, i krew ruszała ostro do głowy! Kasiu mam sprawę do ciebie, i twoich rodziców; co się stało?, potrzebny mi samochód i kierowca, po co? Są rodzice w domu?, są, idziemy do nich, to ci opowiem w czym rzecz stoi. Weszliśmy do domu Kasi, przy stole w kuchni siedziała Teresa i Roman, o czymś dyskutując, dopiero, jak weszliśmy z Kasią, rozmowę przerwali, co się stało?, spytał mnie Roman, hm; w zasadzie nic odrzekłem, jednak jutro chciałbym odebrać zwłoki tej dziewczynki z laboratorium kryminalistyki, bo kapitan mówił mi, że już ich można odebrać. To w czym rzecz?, dociekał Roman - samochód, i kierowca mi potrzebny jest na jutro rano, nie ma sprawy; mogę z tobą jutro jechać, nic do roboty innego na jutro nie planowałem. Tatku, ja może z nim pojadę, wcięła się Kasia delikatnie; bym sobie trochę nowych ciuchów przy okazja kupiła, krem mi wyszedł i mamie, i szampony się kończą, perfumy są nam potrzebne, no tak; najlepiej całą drogerię wykup - roześmiał się Roman. Teresa się wtrąciła – Romek, niech młodzi jadą, my tu sobie poflirtujemy razem, chata będzie wolna, i Teresa roześmiała się w głos, różowiejąc się na policzkach. Romek mrugając okiem do mnie; wiesz co Tereso, kurka wodna; masz kobieto słuszną rację, niech młodzi sami jadą! Kasi oczy się zaiskrzyły ze szczęścia, jak gwiazdy na niebie, w bezchmurną letnią noc. Pożegnałem się z Górskimi i Kasią; wróciłem na wyrąb i powiedziałem szefowi drwali, że mnie jutro cały dzień nie będzie, więc on przejmuje całą tu robotę na siebie, na co się zgodził bez sprzeciwu, w końcu to ja jego szefem byłem, a nie on moim. Wróciłem do leśniczówki, posprzątałem pokoje na ile się dało, i tak do kolacji szybko mi czas zleciał, po kolacji siedziałem na dworze i czytałem swoja książkę, która niezbyt smaczne akcje przedstawiała, jednak czytałem ją aż do zmierzchu. Zaczęło się ściemniać, literki robiły się nieczytelne, więc umyłem się przy studni, i położyłem spać; o godzinie pierwszej w nocy, zerwał mnie dziwny sen; śniła mi się ta duch-dziewczynka, bujałem ją w ogrodzie na huśtawce, a ona do mnie się zwróciła z pytaniem; dlaczego bawisz się ze mną, ale ze mną nie rozmawiasz? Nie rozumiem, pytam ją, mam na imię Adriana, ty mnie już znasz, to mów mi Adrii, ładne imie masz rzekłem do niej ja ma na imie Andrzej, wiem, odpowiedziała mi – mogę ci zadać jedno pytanie?, zwróciłem się do niej, pytaj roześmiała się smutno. Powiedz mi Adrii; co ci się stało; skrzywdzili mnie bandyci w mundurach, w jakich mundurach?, nie pamiętam, odpowiedziała mi zeskakując z huśtawki i rzuciła mi się na szyję z płaczem, ja w tym samym momencie się rozbudziłem, cały zlany zimnym potem. Szybko wstałem zapaliłem lampę naftowa, i z szuflady wyciągnąłem długopis, by zapisać jej imię, wiedziałem że rano mogę tego nie pamiętać. Tu już nie raz takie sny miałem z różnymi ludźmi, jednak rano zawsze pamiętałem, tylko fragmenty snu, i to tak, jak za gęstą mgłą, tj; bardzo niewyraźnie! Do rana parę raz popadałem w drzemkę budząc się często, ten sen mi w głowie utkwił, jak zadra pod paznokciem. Rano wstałem; przebiegłem chyba z dwa kilometry po lesie, wróciłem do domu, ogoliłem się, umyłem, zjadłem wczesne śniadanie i wystroiłem, jak na imprezę. U Kasi byłem o godzinie siódmej, wszyscy byli już na podwórzu, więc przywitałem się ze wszystkim, i z Kasią ruszyliśmy samochodem, w kierunku miasta oddalonego, o około 120 km. Kasia poszła na zakupy, ja udałem się do Wojewódzkiej Komendy Milicji, by się dowiedzieć, gdzie jest laboratorium kryminalistyki, tam podoficer dyżurny mnie skierował do kapitana Bielika. Kapitan widząc mnie; wstał od biurka, przywitał się serdecznie, kawę mi zafundował, więc miałem okazję się go zapytać, o oględziny kości. Wiek jej; 8/10 lat, strasznie zmaltretowane stawy biodrowe, i barkowe, co świadczy o bardzo brutalnym gwałcie, zmarła prawdopodobnie na skutek wycieńczenia organizmu, i wykrwawienia się - straszna śmierć; dodał kapitan w zamyśleniu. Kości tam musiały leżeć z 30/40 lat, czyli tuż po wojnie musiało to się zdarzyć. Szkoda, że nie znamy jej tożsamości , trafił pan panie kapitanie, to się naprawdę zdarzyło tuż po wojnie, i rzeczywiście zgwałcili ją ludzie w mundurach – jakich mundurach? Tego jeszcze nie wiem, ale na pewno się dowiem więcej szczegółów o niej, jak wrócę do domu. Miała na imię: Adriana, jednak nazwiska jej nie znam, ale to rzadkie imię, więc jeśli coś jest w księgach parafialnych, czy w urzędzie meldunkowym, to dojdę kto to był, i u mojego szefa powęszę w papierach archiwalnych; kto w tym czasie był w Borkach leśniczym, w tej leśniczówce. A skąd pan wie, że miała na imię Adriana?, miałem wczoraj w nocy sen, i ta mała mi to sama powiedziała. Tylko pan się z tego nie śmiej kapitanie, nie wierzę w sny tak do końca, ale to było takie realistyczne, że warto to sprawdzić. Dobrze panie Fridon, niech pan się zabawi w detektywa, w wolnych chwilach, a ja też tu przetrząsnę wszystko mi dostępne, i spróbujemy tą tajemnicę rozwikłać do końca. Dał mi namiar na laboratorium, podziękowałem kapitanowi za kawę i wyszedłem na dwór. Po drodze dyżurnego zapytałem, gdzie można trumienkę kupić; zdziwiony spojrzał na mnie, ale zapisał mi na kartce ulice, i numer małej stolarni. Kasia zrobiła zakupy i już stała pod bramą, więc wyjechaliśmy do miasta, by tej małej trumienkę kupić. Kupiliśmy biała trumienkę dla dziecka i pojechaliśmy do laboratorium, tam nas przyjęła ta sama kobieta, tj; pani Krysia, która zwłoki małej zabierała z piwnicy, bez słowa nam wydała kości. Umieściliśmy kości w trumience i położyliśmy ją na tylnym siedzeniu, tak by się nie wywróciła. Kasia jeszcze to i owo chciała sobie dokupić, więc jeszcze z nią pokręciłem się po sklepach, jako jej tragarz, i wieczorem byliśmy z powrotem w domu. Trumienkę zawieźliśmy do leśniczówki, ustawiłem ją w gabinecie myśliwskim, obok mojej sypialni, i wróciliśmy do Kasi. Kolację zjadłem w rodzinnym domu Kasi, u nich też przenocowałem. Rano po siadaniu Kasia pojechała księdza obgadać, coby pochował zwłoki za domem, w ogrodzie pomiędzy brzozami, a ja ruszyłem na wyrąb lasu zobaczyć, jak im praca idzie, na obiad miałem wrócić do Kasi. Kasia już była w domu, gdy zajechałem rowerem na podwórze - wybiegła z wiadomością, że ksiądz; dość długo mrucząc opierał, ale się w końcu zgodził na udział w pochówku, gdy mu opowiedziałam ubarwioną historię tej dziewczynki, i w końcu dodałam; chcemy ją tu pochować, gdzie jej dusza jest, a dusza jej jest w leśniczówce, i w obejściach tego domu. Po obiedzie ksiądz przyjechał z ministrantem, więc z Romanem pojechaliśmy pierwsi grób wykopać w pięknym miejscu. Po dwóch godzinach, przyjechał; ksiądz Janusz Korbecki z ministrantem, Teresa, i Kasia. Ksiądz odprawił krótką polową mszę, poświęcił miejsce pochówku, i zakopaliśmy trumienkę z Romanem formując mały kopczyk-grub. Później miałem krzyż dorobić z tabliczką, i uściślić na tabliczce dane małej. Po ceremonii zaprosiłem wszystkich do mnie na mały poczęstunek. Teresa i Kasia pomogły mi w przygotowaniu poczęstunku, i później podały to wszystko na stół, w tym samym czasie Roman księdza zagadywał, po zjedzeniu przekąsek - kobiety zrobiły kawę i podały na stół, a ja postawiłem butelkę koniaku, który kupiłem w mieście na tą okazję - kobietom wystawiłem likier wiśniowy. Ksiądz popijając kawkę i koniak zwrócił się do mnie; dlaczego pan panie Andrzeju uparł się, by te zwłoki tu pochować, a nie na cmentarzu?, ponieważ mała sobie tego życzyła, nie rozumiem odrzekł; we śnie mi to powiedziała. Ksiądz Korbecki oczu dużych dostał, i mnie pyta, co pan panie Andrzeju, w duchy wierzysz?, z natury jestem wierzącym odpowiadam księdzu, więc w duchy też wierzę, bo duszki widuję - jedno jest pewne, skoro ich widać, to są, nie sądzi ksiądz? Od nocy, w której tu przybyłem i zamieszkałem, co noc ją widywałem, i to ona mnie naprowadziła na ślad, gdzie leżą jej zwłoki zmasakrowane. Ksiądz z niedowierzeniem pokręcił tylko głową; mówię to całkiem poważnie - dodałem, i opowiedziałem księdzu, i gościom historie spotkań z Adrianą, i to, jak mi podała swoje imię. Co za historia na koniec opowiadania rzekł ks. Korbecki, gdybym od pana tego nie słyszał na własne uszy, przy tylu świadkach, nie uwierzyłbym. Ludzie lubią fantazjować, ale pan mi tu wygląda na gościa trzeźwo patrzącego na świat, więc jak tu nie wierzyć, w taką niewiarygodną wręcz historię?

skromny - kochający wiedzę, i ludzi tolerancyjnych ...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Rozmaitości