Zauważyłem, że w Polsce najmniej nienawidzą się politycy. Nie będę zdradzał szczegółów i plotkował, ale możecie mi wierzyć, że między posłami i europosłami PiS, PJN, PO, SLD czy PSL panują bardzo często stosunki normalnej kooperacji , a nawet osobistych sympatii. Czy wynika to z zupełnego cynizmu? Niekoniecznie, choć nie wykluczam również tego czynnika. Ale przede wszystkim jest to spowodowane pragmatyzmem – jeśli nienawidzę i uważam za zdrajcę jakiegoś członka koalicji rządzącej lub lewicy, to nigdy niczego z nim nie załatwię. A jego głos może być mi za tydzień czy dwa potrzebny do przeforsowania jakiejś decyzji, którą uważam za dobrą na Polski. Dlatego w polityce mosty pali się rzadko i zawsze z poczuciem idących za tym realnych strat politycznych. Dziennikarze to bardzo często widzą i opisują – że nienawiść i niechęć często jest udawana na potrzeby kamer telewizyjnych, ale potem politycy zwalczających się partii wychodzą ze studia w dobrej komitywie. Jeszcze raz podkreślam, że może to być wynik całkowitego cynizmu i myślenia korporacyjnego („wszyscy robimy w jednej fabryce i musimy sobie pomagać”), ale może tez być efektem zwykłej politycznej kalkulacji („po co mam sobie robić wrogów? przecież oni mogą mi być potrzebni do przeforsowania moich pomysłów i idei”). I dotyczy to wszystkich formacji politycznych – nawet tych, które uchodzą za ugrupowania moralnie krystaliczne i fundamentalistycznie etyczne (dobry przykład myślenia „ponadpolitycznego” można odnaleźć w tekście Roberta Krasowskiego w najnowszej „Polityce „).
O wiele bardziej skonfliktowani i wrodzy sobie są dziennikarze i publicyści, którzy identyfikują się z którąś ze stron sporu politycznego – tu często mamy do czynienia ze śmiertelnym obrażaniem się, niepodawaniem sobie ręki, publicznym i prywatnym opluwaniem się. Temperatura sporu w świecie mediów jest kilkakrotnie wyższa, niż w świecie polityki. To aż dziwne, że komentatorzy aż tak bardzo przeżywają to, co dla polityków jest często tylko pracą – tu emocje zawieszone są na najwyższym diapazonie, tu mówi się wysokim „C”, tu żyje się na skraju histerii.
Jednak najbardziej serio do sporów politycznych podchodzi się na poziomie zwykłych obywateli – i tu już nie ma żartów, tu jest podział na „zdrajców i faszystów, sługusów Rosji i Niemiec oraz na wariatów od Rydzyka”. Tutaj wszystko przeżywa się naprawdę i na serio. Bo na tym poziomie dochodzi do rękoczynów, do bójek, a nawet do zabójstw. Bo musimy wciąż pamiętać, że w Polsce, w zeszłym roku, doszło już do morderstwa na tle politycznym – były działacz Platformy Obywatelskiej zabił działacza Prawa i Sprawiedliwości. Pamiętajmy o tym.
Trochę przypomina to sytuację, w której - podczas toczącego się meczy piłkarskiego - jego przebiegiem tylko trochę przejmowaliby się sami zawodnicy, sprawozdawcy sportowi natomiast skakaliby sobie do oczu i bili się mikrofonami, a kibice na trybunach już na serio dźgali się nożami. Chyba powinno być odwrotnie, ale może jednak nie? Bo przecież właśnie w sporcie zasada jest taka sama, jak w polityce. Może więc jest w tym jakaś głębsza prawidłowość dotycząca kondycji człowieka w ogóle. Ale to już temat dla jakiegoś filozofa, a nie dla prostego doktora politologii ( i to w dodatku bez habilitacji).
1943
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (65)