Środowe przygotowania do koncertu Rolling Stones na moim balkonie przerwała informacja o tym, że Onet.pl jako pierwszą informację zamieszcza info o kuszeniu Kazimierza Marcinkiewicza. Informację mojego autorstwa. Zainteresowanych odsyłam do poprzedniego wpisu, gdzie wzmianka o byłym premierze znajduje się na... samiutkim końcu. Zaintrygowało mnie co jest w Kaziu, że ludzie nie mogą bez niego żyć. Co jest takiego sensacyjnego w fakcie, że PiS proponuje mu miejsce na liście wyborczej? Przecież każdy powie, że Kazio jest w PiS. Ba, na oficjalnej stronie PiS występuje on nadal jako członek Komitetu Politycznego. Choć podobno rezygnację złożył... Co ciekawe, jak Marek Jurek i Marian Piłka odchodzili z PiS to jeszcze tego samego dnia zniknęli ze strony:)
Ja rozumiem, gdyby Donald Tusk zaproponował Marcinkiewiczowi miejsce na liście. Ot, byłaby to wiadomość godna uwagi. Ale przecież szef PO twierdzi, że wszyscy fachowcy wyjechali do Irlandii. A Kazik jest w Londynie...
Informacja o tyle była mniej godna uwagi, że Marcinkiewicz ofertę PiS niemal natychmiast odrzucił. A dziś przyznaje, że jego powrót do polityki jest możliwy. Kiedy? Gdy powstanie koalicja PO-PiS. W tym świetle sensacyjne informacje "Super Expressu" brzmią jak kolejne wyznania sfrustrowanego Macieja Płażyńskiego. Wspólna partia? Byłaby możliwa tylko wówczas, gdyby z PiS zostało odstrzelone środowiska Kazimierza Ujazdowskiego i Pawła Zalewskiego. A to nie nastąpi. PiS zamierza jednocześnie rywalizować o elektorat LiS-u (stąd pomysł, by Wojciech Mojzesowicz został nowym ministrem rolnictwa o czym piszę dziś w "Dzienniku"), ale i elektorat centrowy co wczoraj doradzała w naszej gazecie prof. Jadwiga Staniszkis. Plan jest prosty: dostać się do parlamentu tak, by poza PO i LiD już nikogo tam nie było, a przez 3-4 lata w opozycji doprowadzić do powstania jednopartyjnego, większościowego rządu po reelekcji Lecha Kaczyńskiego. Mission impossible? Jarosław K. w to wierzy...


Komentarze
Pokaż komentarze (9)