W polskim kinie prawdziwy renesans. Pierwsze oznaki zwyżkującej formy naszej kinematografii można zauważyć już od kilku lat, ale w tym roku mamy prawdziwy wysyp dobrych produkcji. W kinach pojawił się właśnie jeden z najbardziej kontrowersyjnych i chwalonych filmów bieżącego roku – „33 sceny z życia” Małgorzaty Szumowskiej. Skąd taki szum wokół tego obrazu?
Z kilku powodów. Według wielu film jest mocno zabarwiony autobiograficzną historią reżyserki. Podobieństw w fabule i w życiu osobistym Szumowskiej jest faktycznie sporo. Rodzice autorki „33 scen z życia” – Dorota Terakowska i Maciej Szumowski – zmarli w bardzo krótkim odstępie czasu. Podobnie jak bohaterowie filmu. Ludzie, którzy znali Terakowską i Szumowskiego twierdzą, że filmowi bohaterowie – Basia (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) i Jurek (Andrzej Hudziak) – przypominają rodziców Szumowskiej. Sama reżyser twierdzi jednak, że ten film nie jest historią spisaną z jej życia. Jednak to nie są wcale największe kontrowersje, które wzbudza polsko-niemiecko-duńska produkcja. Film jest, podobno, obrazoburczy i łamiący tabu. Chodzi naturalnie o tabu śmierci, bo „33 sceny z życia” to głównie film o umieraniu. Zanim jednak przejdę do mojej oceny tego czy rzeczywiście jakieś tabu zostało złamane i czy kogoś to może obrazić poświęcę jeszcze chwilę na najbardziej kontrowersyjną kwestię. „33 sceny z życia” nie wygrały Grand Prix na festiwalu w Gdyni. Jury przyznało nagrodę „Małej Moskwie” Waldemara Krzystka i to wzburzyło pewną część środowiska krytyków i filmowców. Ja widziałem „Małą Moskwę” już dwa razy i chętnie obejrzę ją po raz kolejny, „33 scen z życia” drugi raz oglądać raczej nie mam ochoty. Ale w Gdyni wybuchła spora awantura, a niesnaski po werdykcie pozostały do dnia dzisiejszego i pewnie będą się jeszcze ciągnąć przez jakiś czas. Czy faktycznie „33 sceny z życia” zasługują na miano filmu najlepszego, najwspanialszego i najinteligentniejszego?
Według mnie obraz Małgorzaty Szumowskiej z pewnością zasługuje na uwagę. Pod względem formalnym jest to znakomita produkcja. Zdjęcia Michała Englerta dają temu filmowi bardzo wiele. Gra aktorów – Julii Jentsch, Macieja Stuhra, Petera Gantzlera, Rafała Maćkowiaka i innych – również stoi na bardzo wysokim poziomie. Trzeba jasno powiedzieć, że jest to film, na skalę nie tylko polską, udany. Jednak mnie nie przekonuje. Dlaczego? Do końca tego nie wiem, bo przecież wszystkiego wiedzieć nie można, trzeba się zastanowić – jak mawia Adrian (Peter Gantzler), jeden z bohaterów filmu. Wydaje mi się jednak, że film został przeintelektualizowany. Jest, jak dla mnie, zbyt wydumany. Może jest to spowodowane moim wiekiem, małym doświadczeniem życiowym, może to nie ja jestem targetem twórców filmu, ale jeśli mam się wypowiedzieć na jego temat to powiem, że mnie nie poruszył zbyt mocno. Jasne, łamie pewne tabu, ale czy tabu śmierci i umierania nie zostało już wcześniej złamane? Przecież w relacji na żywo cały świat oglądał agonię Jana Pawła II, telewizje na żywo transmitują wojny, rocznie powstaje wiele filmów ociekających krwią – czego nam jeszcze potrzeba? Jasne, w „33 scenach z życia” mamy kobietę umierającą na raka, ale czy tego już nie widzieliśmy choćby w „Życiu jako śmiertelnej chorobie przenoszonej drogą płciową” Zanussiego? Oba filmy mają zresztą coś podobnego. Film Szumowskiej ma być jeszcze zabawny. Faktycznie, kilka razy można się pośmiać – głównie za sprawą postaci odgrywanej przez Rafała Maćkowiaka, a także dzięki kilku zabawnym dowcipom sytuacyjnym. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że „33 sceny z życia” to jest filmy niezbyt pozytywny i niezbyt komediowy.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)