Donald Tusk, premier 40-milionowego europejskiego państwa wypowiedział opozycji wojnę o prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, na którą posłał swoich najlepszych przybocznych. Wojna o prawdę. Brzmi pięknie, ale wygląda dziwnie, że sparafrazuję slogan reklamowy wiodącego producenta telefonów komórkowych. Co bowiem może oznaczać wojna o prawdę: jej ujawnienie, czy jej zdobycie dla siebie i ukrycie po wsze czasy na swoim terytorium? Przynajmniej w perspektywie, którą pan premier jest zdolny ogarnąć, czyli mniej więcej w czasoprzestrzeni 2x45 minut oraz wymiarów piłkarskiego boiska.
Nie będę próbował odpowiedzieć na postawione wyżej pytanie; zostawiam to do rozstrzygnięcia czytelnikom. Spróbuję jedynie trochę w im pomóc, bo sprawa wymaga rekapitulacji faktów, jak skonstatował prof. Ryszard Bugaj w pierwszej w PRL-u debacie TV w 1980 r. z udziałem przedstawicieli Solidarności i rządu. Jaka jest prawda Donalda Tuska, o której ujawnienie miałby stoczyć swoją wojną. Mówił o tym w czasie wczorajszej konferencji prasowej: wprawdzie przedstawiciele rządu nie zachowali się – delikatnie mówiąc – politycznie, ale o żadnej aferze nie może być mowy. Według szefa rządu była to prowokacja polityczna przeciwko Platformie w wykonaniu Mariusza Kamińskiego na zlecenie PiS. W pułapkę zastawioną przez niego wpadli Bogu ducha winni, acz trochę mniej roztropni politycy PO, którzy nadal wiedliby cnotliwe życie, gdyby nie niecne działania szefa CBA.
Oto prawda, cała prawda i tylko prawda, o którą Donald Tusk zamierza stoczyć swój śmiertelny bój, tyle że to tylko jego prawda i tych, którzy nie dostrzegają ewidentnego fałszu w tym, co szef PO mówi o pułapce szefa CBA, zastawionej rzekomo na politycznych przeciwników. Tym, co nadal nie widzą tego fałszu, zadam pytanie pomocnicze: czy biznesmeni, którym agenci CBA za zgodą sądu założyło podsłuchy byli przeciwnikami politycznymi ich szefa? Otóż nie, byli i są jedynie podejrzanymi o czyny korupcyjnie, a jeden z nich ma w dorobku zawodowym prawomocny wyrok właśnie za korupcję. Agenci i analitycy CBA nie musieli znać ich powiązań z obozem rządowym. Nie mogli też wykluczyć, że są stanowią oni zaplecze finansowe innych partii, w tym opozycyjnych. Czy wobec tych faktów i spekulacji podejrzenie, nie mówiąc już o konstatacji, politycznych motywów akcji CBA jest choć w minimalnym stopniu uprawnione?
Tym, którzy nadal skłonni są wierzyć Donaldowi Tuskowi, spróbuję nieco odświeżyć pamięć. Proszę sobie przypomnieć pierwszą akcję CBA przeciw dwóm pracownikom Centralnego Ośrodka Sportu, którzy połknęli haczyk, czyli walizkę pieniędzy, przygotowaną przez CBA. Czy komukolwiek przyszło wtedy do głowy, ze mogłaby to być pułapka, zastawiona na ówczesnego ministra sportu, a tym bardziej na premiera? Jeżeli nawet tak, to nikt nie miał czelności, by wobec oczywistych faktów publicznie spekulować na temat motywów działania CBA.
Inaczej było z aferą gruntową, gdzie wprawdzie fakt przestępstwa korupcyjnego był na tyle oczywisty, że sprawa zakończyła się wyrokiem skazującym, ale tam doszukiwano się politycznych motywów działania CBA. Mało kto jeden zwrócił uwagę na absurdalność tych zarzutów, bo jakiż to miałby być polityczny cel akcji CBA: rozpad koalicji rządowej, który niechybnie nastąpiłby, gdyby się okazało, że byłą to w istocie prowokacja wobec wicepremiera rządu? Tylko poważne przesłanki, uzasadniające podejrzenie popełnienia przestępstwa mogły skłonić CBA do podjęcia tak ryzykowanej akcji, zaś brak takowych lub ich słabość mogłyby narazić CBA na zarzut prowokacji politycznej i skończyć się nie tylko upadkiem rządu, lecz także poważnymi problemami szefostwa CBA. Czy naprawdę Mariusz Kamiński wygląda na aż tak nieroztropnego? Nie wygląda, ani nie jest, o czym świadczą wyroki skazujące dla lobbystów z Ministerstwa Rolnictwa.
No i w końcu czwarta sprawa z rzekomo politycznym kontekstem: kręcenie lodów w wykonaniu posłanki Beaty Sawickiej. Tu też zarzuty kryminalne okazały się na tyle mocne, że bohaterka odpowiada przed sądem. Dywagacje, jakoby uczciwa osoba uległa wyjątkowo perfidnej, a zarazem nachalnej prowokacji CBA, między bajki wkładam, bo – po pierwsze - nie ma takich prowokacji, które mogłyby złamać kogoś naprawdę uczciwego, a – po drugie – o kręceniu lodów na szpitalach posłanka Sawicka mówiła zupełnie od siebie. Był to jej oraz jej kolegów z PO autorski projekt, o którym rozpracowujący ją agent nie miał zielonego pojęcia.
Reasumując, zarzuty politycznej motywacji działania wobec osobistości takiego formatu jak Mariusz Kamiński są w świetle powyższych faktów na tyle nietrafione, że mogą świadczyć jedynie o desperacji ich autorów oraz o kondycji intelektualnej adresatów tego przesłania, czyli młodych, wykształconych i z wielkich miast, ofiar katastrofalnego poziomu edukacji w IIIRP.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)