„CBA może istnieć bez Kamińskiego” – stwierdza w tytule swojego ostatniego wpisu red. Łukasz Warzecha, odnosząc się krytycznie do listu grupy osób publicznych, które stanęły w obronie CBA i jej szefa. Trudno się nie zgodzić z tą tezą, o ile rzeczywiście taki był cel autorów listu otwartego do premiera Tuska, jak to sugeruje red. Warzecha, pisząc: „Sygnatariusze w jednym zdaniu gładko łączą CBA jako instytucję i osobę Kamińskiego. Podczas gdy są to dwie oddzielne rzeczy…”.
Nie wydaje się jednak, aby skądinąd słuszna teza mogła stanowić zarzut wobec wspominanych sygnatariuszy. Protestując bowiem przeciwko politycznej nagonce na CBA i jej szefa nie mieli na celu zachowania personalnej obsady tego stanowiska przez Mariusza Kamińskiego, lecz ustawowej zasady kadencyjności tego urzędu. W tym aspekcie należy postrzegać działania polityków PO na rzecz zmiany na tym stanowisku, które są stricte polityczne, zważywszy na to, że zarzuty stawiane szefowi CBA wydają się niepoważne, jako sprzeczne a faktami i zasadami logiki. Dotyczy to również oceny działalności CBA, dokonanej przez red. Warzechę. Powtarza on bowiem bez najmniejszej refleksji, o głębszej analizie nie wspominając, sztampowe zarzuty polityków PO, Lid i PSL, podzielane przez większość znanych i mniej znanych komentatorów.
Pierwszy zarzut, który red. Warzecha formułuje słowami: „Kamiński jest złym, skrajnie partyjnym szefem CBA…”, niestety nie wytrzymuje konfrontacji z faktami, chyba że autor tej frazy i inni zwolennicy tezy w niej zawartej mają na myśli fakt, iż przedmiotem operacji CBA była przede wszystkim działalność członków partii politycznych. Najwyraźniej jednak nie o to krytykom szefa CBA chodzi, lecz o jego zaangażowanie po stronie ówcześnie rządzącej partii i koalicji.
Absurdalność tego zarzutu jest na tyle oczywista, że z pewną nieśmiałością i zażenowaniem sięgam do faktów z najnowszej historii walki korupcją. Otóż spośród posłów i ministrów minionej kadencji, będących obiektami operacji CBA zdecydowaną większość stanowią właśnie politycy związani z PiS (Janusz Karczmarek i Tomasz Lpiec) oraz ówczesnej koalicji rządzącej (Andrzej Lepper i Leszek Woszczerowicz), podczas gdy jedynym politykiem opozycji, rozpracowanym przez CBA pozostaje pani poseł, a zarazem TV Super Star Beata Sawicka z Platformy.
Owszem tego typu preferencje CBA mogłyby stanowić dowód politycznego zaangażowania Mariusza Kamińskiego, jednak nie po stronie rządu, lecz opozycji, ale takiego zarzutu jeszcze żaden z polityków i komentatorów nie odważył się postawić. Tym bardziej absurdalnie brzmi teza o wspieraniu partii rządzącej. Najbardziej dobitnie ujęła to socjolog pani dr Fedyszak-Radziejowska, pytając retorycznie, w jaki sposób Mariusz Kamiński wspierał koalicję rządową, skoro w rezultacie działań CBA doszło do jej upadku.
Drugi z obiegowych zarzutów przeciwko szefowi CBA, podzielanych przez red. Warzechę dotyczy jego rzekomego złamania zasady nieangażowania się w kampanię wyborczą. W kontekście wspominanego listu autor formułuje go słowami: „Bronią człowieka, który jednej z zasad, jakimi powinien się kierować szef CBA, sprzeniewierzył się ewidentnie, stwierdzając na słynnej konferencji prasowej, że ujawniane na niej fakty pozwolą się zastanowić, na kogo głosować.” Czy sugerowanie, iż nie powinno się wybierać do parlamentu przestępców, w szczególności polityków skorumpowanych świadczy o zaangażowaniu po którejkolwiek stronie wyborczej konfrontacji? Przecież nie chodziło tu o kandydatów Platformy w ogóle, lecz konkretne nazwiska, na które powoływała się niedoszła kandydatka PO w kontekście ”kręcenia lodów”. Zresztą sami krytycy Mariusza Kamińskiego zdają sobie sprawę ze słabości formułowanych przez siebie zarzutów, skoro do prokuratury nie wpłynęło jeszcze żadne zawiadomienie podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
„Jak się siedzi na barykadzie, to się najwięcej obrywa” – twierdzi Łukasz Warzecha. Być może tak jest. Nie wiem, bo nie siedzę na barykadzie, lecz staram się szturmować tę wybudowaną przez politycznych przeciwników, względnie bronić swojej, w zależności od przebiegu batalii. Być może siedząc najwięcej się obrywa, lecz z pewnością niewiele się dostrzega.
Stef 9222
PS. Odnosząc się do komentarza salon24owca Padera, który przede mną próbował odeprzeć zarzut o partyjności Mariusza Kamńskiego, red. Warzechy napisał:
„Kaczmarek był człowiekiem z kręgu Lecha Kaczyńskiego. Dla partii nie miał żadnego znaczenia. Koalicja i tak była skazana na rozpad. JarKacz miał dość ciągłych bryknięć Leppera i był pewien wygranej. Naprawdę Pan jest tak naiwny, żeby wierzyć, że szlachetny Mariusz Kamiński prowadził jakieś działania bez konsultacji ze swoim mentorem, w imię heroicznej uczciwości? A może jeszcze się z nim spierał?
Kaczyński: "Mariusz, proszę cię, rozwalisz koalicję, nie rób tego".
Kamiński: "Panie prezesie, muszę, osobista uczciwość nie pozwala mi postąpić inaczej"”.
Po pierwsze, premier Kaczynski nie był mentorem Mariusza Kamińskiego, lecz zwierzchnikiem, z którym szef CBA miał prawo się konsultować.
Po drugie, Mariusz Kamiński istotnie jest człowiekiem szlachetnym i heroicznie uczciwym, co mogą poświadczyć ci, którzy go kiedykolwiek poznali. Ja niestety do nich nie należę, ale bardzo dobrze znam wielu z tych, którzy z nim działali, chociażby w NZS.
Po trzecie, owszem premier Kaczyński liczył na zwycięstwo, lecz z drugiej strony zdawał sobie sprawy z faktu, iż zdolność koalicyjna PiS będzie w nowym rozdaniu bardzo ograniczona, zaś na zdobycie większości bezwzględnej nie ma szans. Zdecydowanie lepszym wariantem dla samej partii PiS była zatem rekonstrukcja koalicji bez Leppera i jego skorumpowanych towarzyszy, których mógłby odsunąć w polityczny niebyt, rozgrywając odpowiednio materiałami na polityków SO. Podobnie mógłby postąpić z Januszem Kaczmarkiem. Fakt, iż Mariusz Kamiński i jego szef premier Jarosław Kaczyńki wybrali inną drogę, świadczyć może tylko o tym, że przedkładają zasady oraz dobro państwa nad interes partyjny, czego innym politykom i ludziom mediów w Nowym Roku i następnych latach z całego serca życzę.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)