Przed 16 laty, przy akompaniamencie fałszywie grającej medialnej orkiestry, ówczesny prezydent Wałęsa z obecnym premierem Tuskiem, wespół z pomniejszymi politykami odsuwali od władzy rząd premiera Jana Olszewskiego. To fałszywe brzmienie orkiestry mógł zauważyć każdy wrażliwy obserwator życia publicznego, porównując medialne tezy z rzeczywistością.
Po pierwsze, ówcześni dziennikarze, a raczej funkcjonariusze mediów twierdzili, że rząd próbował przeprowadzić dziką lustrację, narażając kraj na destabilizację, podczas gdy faktycznie wykonał on uchwałę Sejmu RP, której projekt zgłosił szef partii spoza koalicji rządowej. Więcej, właśnie z uwagi na stabilizację, uchwala została wdrożona w zakresie węższym niż wynikałoby to z jej brzmienia. Przypomnijmy, ze minister Macierewicz był mocą uchwały zobowiązany do ujawnienia agentury SB, podczas gdy faktycznie przekazał on drogą poufnej korespondencji, kwerendę zasobów archiwalnych MSM dotyczącą współpracowników komunistycznej policji politycznej.
Po drugie, funkcjonariusze mediów zarzucali rządowi próbę zamachu stanu, poprzez postawienie w stan gotowości jednostki nadwiślańskiej MSW, nie próbując nawet wyjaśnić, w jaki sposób kilkuset żołnierzy mogłoby stawić opór kilkuset tysiącom, którymi dysponowali lojalni wobec Wałęsy generałowie. Nie będę przytaczał pozostałych zarzutów, które są nie mniej absurdalne, żeby nie powiedzieć paranoiczne. Co spowodowało tak katastrofalny poziom debaty publicznej pod względem dbałości o fakty i zasady logiki? Jestem przekonany, że wkrótce poznany definitywną odpowiedź na to pytanie.
Z podobną sytuacją mamy do czynienia dziś. Medialna orkiestra uderza w fałszywe tony. Oto dwaj naukowcy w publikacji, której wszelkich znamion naukowej rozprawy nie odmówił żaden z kolegów po fachu, przedstawiają istotny fragment najnowszej historii Polski. Jak każda praca badawcza, dzieło doktorów historii Krzysztofa Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka powinno zostać skonfrontowane w pierwszym rzędzie z poglądami i opiniami historyków. Tak się jedna nie dzieje i zamiast rzetelnej, przedmiotowej i fachowej analizy, od kilku tygodni mamy do czynienia z podmiotową dyskusją, zdominowaną przez amatorów, żeby nie powiedzieć – ignorantów. Nie są w niej istotne przytoczone w książce dokumenty, ich analiza i wynikające z niej konkluzje, lecz kim są autorzy i bohater dzieła. Krótko mówiąc, mniej ważne jest co się pisze, lecz kto pisze i o kim. Dla większości krytycznych recenzentów treść książki, której zresztą nie czytali, miała znaczenie o tyle, że nie była ona hymnem pochwalnych na cześć bohatera, lecz rzetelną analizą pewnego aspektu jego działalności. To wystarczyło aby publikację potępić i to nawet w formie otwartego listu protestacyjnego. Trudno o bardziej klasyczny przykład ignorancji: „nie wiem, nie czytałem, ale to jest złe”.
O ile w mediach głównego nurtu (mainstreamowych – nie rozumiem, dlaczego niektórzy salon24owcy piszą po angielsku, skoro jest polski termin) głosy tego typu dominowały, o tyle w S24 należały one do rzadkości. Wśród nich zdecydowanie prym wiedzie komentarz red. Jana Osieckiego (http://osiecki.salon24.pl/index.html). Autor nie dość, że określa salon24owcow, broniących prawa historyków do rzetelnej naukowej analizy, mianem „ujadających kundelków”, obsikujących pomnik wodza, czy coś w tym stylu, to jeszcze miesza w tę historię braci Kaczyńskich. Zadaje bowiem pytanie, uprzednio postawione przez Mireksa (http://mojeanalizy.salon24.pl/80082,index.html).
Red. Osiecki pisze: „Jeśli prawdą jest to co powiedział Lech Kaczyński, że od dawna (czyli od lat 90-tych lub wcześniej) wiedział o chwili słabości Lecha Wałęsy (a skoro wiedział Lech to musiał wiedzieć także Jarosław) bracia tak forsowali Wałęsę na prezydenta?”
Podczas gdy Mireks poprzestaje na sformułowaniu tej kwestii z krótkim uzasadnieniem i zaproszeniem do debaty, z którego chętnie skorzystałem, red Osiecki czyni wielki krok naprzód, stawiając – jak sam to szumnie nazywa - hipotezę: „HIPOTEZA: A może Kaczyńscy chcieli korzystając ze swojej wiedzy pociągać za sznurki? Jest inne może nawet odpowiedniejsze słowo na „sz", które określałoby hipotetyczny plan braci, ale zostawmy „pociąganie za sznurki".”
Ja bym nie określi tego typu dywagacji mianem hipotezy, gdyż takowa powinna dotyczyć zdarzenia o niezerowym prawdopodobieństwie. Nie można nazwać hipotezą czegoś, co w świetle faktów i zasad logiki jest zawsze fałszem, jak to ma miejsce w przypadku rozważań red. Osieckiego. Zastanówmy się, czym Kaczyńscy mogliby szantażować Wałęsę: wiedzą, która dysponowały dziesiątki, a może setki, o ile nie tysiące jego współpracowników z Solidarności?
Po pierwsze, nie można szantażować samą wiedza niepopartą dowodami, a tymi nie Kaczyńscy dysponowali, lecz minister Kozłowski i komisja historyczna z udziałem Michnika. Po drugie, nie może być środkiem szantażu wiedza dość powszechna. Wyobraźmy sobie, ze pół miasta plotkuje o tym, że pan X zdradza żonę, zaś mały Jasio postanawia zrobić z tej wiedzy użytek i szantażuje niewiernego małżonka grożąc bez żadnych dowodów, że powie o tym jego żonie, jeżeli nie dostanie na lody. Owszem mały Jasio może być aż tak naiwny w przeciwieństwie do red. Jana, któremu to zupełnie nie przystoi.
Co ciekawsze red. Osiecki nie jest pierwszą i zapewne nie ostatnią ofiarą przypadłości zwanej pisofobią lub kaczofobią, której objawem jest, jak każdej fobii, obniżenie zdolności racjonalnego myślenia. Przed kilkoma laty na innym forum starałem się wykazać tego typu dysfunkcję u najwyżej opłacanego polskiego dziennikarza. Jednak żaden z tych dwóch panów nie dzierżyłby rekordu Guinessa w tej dziedzinie, gdyby notowano tego rodzaju wyczyny. Rekord z pewnością należałby do pewnej spikerki z Superstacji, która po zwycięstwie PO w ostatnich wyborach uroczyści obwieściła narodowi: „Skończyły się dwuletnie rządy, które z demokracją nie miały nic wspólnego”. Wzruszające, nieprawda?



Komentarze
Pokaż komentarze (21)