Byłem kilka dni w Niemczech; nie pierwszy raz, chociaż od ostatniej mojej wizyty u naszych zachodnich sąsiadów minęły 4 lata. Ciekaw byłem, czy dystans cywilizacyjny pomiędzy naszymi krajami zmniejszył się choć odrobinę. Nie mam tu na myśli poziomu konsumpcji obywateli, bo ten jest u nas bardzo zróżnicowany, a ja mam to szczęście, że pod tym względem mogę równać do moich znajomych w Niemczech. Chociaż jestem świadomy zasadniczej różnicy w tym aspekcie, to nie mogę jej odczuć na własnej skórze. Mogę natomiast łatwo dostrzec i ocenić dystans pod względem jakości życia publicznego, a szczególnie kultury międzyludzkiego współżycia i przestrzegania prawa, a w tej materii odstajemy od naszych sąsiadów coraz bardziej.
Pierwszy kontrast odnotowałem już na granicy. Tak się złożyło, że zatrzymałem się na nocleg na przedmieściu przygranicznych Słubic. To, co uderza natychmiast przybysza, to dokuczliwy smród: mieszanina odpadów ciekłych i stałych, w tym również przywiezionych nielegalnie z zagranicy. Nie była to jedyna atrakcja, bo równie ciekawa była noc spędzona w hotelu, gdzie sen gości zakłócało ustawiczne ujadanie psów. Kiedy w środku nocy udałem się do recepcji z pytaniem, co można byłoby z tym zrobić usłyszałem, że nic, bo „tu jest Polska i właściciele poobstawiali się psami, by ich nie okradli”.
- A gdzie policja – zapytałem.-
- A co? – odpowiedział pytaniem miejscowy gość, towarzyszący recepcjonistce – mają przyjechać i psy pozabijać?
- Niekoniecznie, wystarczy, że wklepią właścicielowi mandat i każą zwierzę zamknąć.
- Panie, zbyt często jeździ pan do Niemiec, a tu jest Polska! – podsumował mój rozmówca.
Oto Polska właśnie! Kiedy nazajutrz udałem się do niemieckiego Frankfurtu nad Odrą, zamiast odoru i ujadania poczułem przyjemny zapach i gwar średniego europejskiego miasta. Podobnie było w niemieckich metropoliach: Berlinie i Hamburgu.
Czy w Niemczech są możliwe takie doznania, jakich doświadczam nie tylko w przygranicznych Słubicach, ale również w moim podwarszawskim miasteczku. Niestety to, co jest zagranicą nie do pomyślenia, u nas pozostaje na porządku dziennym. Jak nie łomot techno puszczanego przez skretyniałych małolatów, to równie dokuczliwe, bo podobne w brzmieniu szczekanie psów, a poza tym brud, fetor, śmieci, zdewastowane dworce i inne obiety. Krótko mówiąc, psiarnia, śmieciarnia, szcz...lnia i graficiarnia. Jakby naszego badziewia było mało, to jeszcze pozwalamy zagranicznym menelom zwozić ich odchody na nasza piękną ziemię. Władza nasza okazuje się bezradna nie tylko wobec rodzimej menelii, ale także wobec zagranicznej.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nie potrafimy poradzić sobie z plagami, których likwidacja, a co najmniej radykalne ograniczenie nie wymagają żadnych nakładów finansowych, a jedynie właściwej organizacji i ekzekwowania prawa, czyli sprawnego i wydajnego aparatu władzy? Dlatego, że rządzących naszym krajem możemy wybrać jedynie spośród rożnej maści neudaczników – oczywiście z nielicznymi wyjątkami, które tylko potwierdzają regułę. Nieudaczników, którzy zdobywszy władzę w rządzie, parlamencie czy samorządzie, przede wszystkim muszą sobie powetować brak sukcesów w swoim życiu zawodowym i zajmują się zwłaszcza kręceniem lodów. Na sprawne i wydajne rządzenie nie staje już im ani czasu ani energii, ani środków.
Zamiast nich rządzą nami psiarze, śmieciarze, szcz...rze i graficiarze.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)