Barack Obama do tej pory był traktowany ulgowo. Walka o nominacje toczyła się przecież na łonie jego własnej partii. Teraz przyjdzie mu się zmierzyć z wyborczą machiną Republikanów. Myślę, że dzięki temu wiele nowego dowiemy się o kandydacie Partii Demokratycznej.
Wyścig o nominację z ramienia Demokratów został okrzyknięty, jako jeden z najbardziej zacięty w historii prawyborów prezydenckich w ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych. W pewnym momencie panowała obawa, że kandydaci się wykrwawią i ich przewaga nad Johnem Mc Cainem stopnieje do zera. Mimo, że Hillary Clinton okazała się bardzo wymagającym przeciwnikiem i należy przyznać rację tym, którzy określili ją mianem „żelaznej damy", tym niemniej wewnętrzna rywalizacja u Demokratów jest niczym w porównaniu ze starciem z republikańską maszyną wyborczą. Mimo ciągle sporej przewagi Baracka Obamy i to przewagi nawet wzrastającej, jego zwycięstwo wcale nie jest przesądzone.
Kampania prawyborcza Partii Demokratycznej mimo swej zaciętości prowadzona była z zachowaniem pewnego dystansu. Uczestniczyli w niej być może i śmiertelni rywale, ale walczący o nominację z jednej partii. Jej władze nie mogły pozwolić swoim kandydatom na totalnie wyniszczający pojedynek. Owszem, wzajemne zarzuty padały, ale ograniczające się do braku doświadczenia, popierania bądź niepopierania wojny w Iraku. Nie sposób było się też nie odnieść do głośnych na całą Amerykę pastora Jeremiaha Wrighta z Chicago. Nie mniej jednak wydaje się, że starcie Clinton z Obamą było kampanią wyborczą w wersji soft - rozmawiano o ogólnych predyspozycjach kandydata, jego wcześniejszych decyzjach w polityce, słowem o rzeczach bardzo ogólnych i powszechnie dostępnych. Batalia z obozem republikanów nie będzie już tak przyjemna. Przekonał się o tym swego czasu John Kerry. Republikanie długo nie mogli znaleźć jego czułego punktu. Paradoksalnie znaleźli go tam, gdzie upatrywano najmocniejszej strony kandydata Demokratów - w jego udziale w wojnie w Wietnamie.
Obama na razie odczuwa przedsmak tego, co go czeka ze strony zwolenników Mc Caina. Tu i ówdzie pojawiają się „spontaniczne działania społeczeństwa" w postaci stron internetowych poświęconych pokazaniu „prawdziwej twarzy demokratycznego kandydata". Najciekawsze jednak przed nami i to głównie dlatego, że Obama ma wiele „interesujących" etapów w swoim życiu, których nie omieszkają wykorzystać Republikanie. To z ich szeregów wywodzi się jeden z najbardziej znanych, ale i najbardziej bezwzględnych spin doktorów, człowiek- legenda : Karl Rove.
Prawdą jest, że republikańska machina wyborcza znajdując ów czuły punkt przeciwnika potrafi go z zimną krwią wykorzystać - odpowiednio przedstawić opinii publicznej tak, że często sprawy z pozoru mało istotne urastają do rangi skandalu, który skutkuje porażką w wyborach powszechnych. Oczywiście można się zgodzić, że nie jest to programowa debata, że mało w niej treści, a więcej brutalnych zarzutów, haków, doniesień. Jest to niewątpliwie prawda. Pamiętać jednak należy, że dwie wielkie amerykańskie partie to nie polityczne antypody ( co rzecz jasna nie wyklucza różnic programowych). Kandydaci są zazwyczaj reprezentantami ideowego centrum nie tyle swoich partii co centrum amerykańskiej polityki w ogóle. Dojść można więc do wniosku, że tak naprawdę nie program partii ma decydujące znaczenie, a właśnie osoba kandydata, jego poglądy, otoczenie, koneksje polityczne, i w końcu droga polityczna, która może wiele powiedzieć na temat człowieka, który ma przecież kierować Stanami Zjednoczonymi. Prawda o brutalności kampanii prowadzonej przez republikanów leży więc po środku.
Tymczasem Obama wydaje się idealna ofiarą dla politycznych kłusowników znajdujących się w sztabie wyborczym Mc Caina. To, że podczas starcia z Hillary Clinton nie udało się nic znaleźć na Obamę, nie oznacza, że czegoś takiego nie ma. Stawka jest ogromna, więc jestem przekonany że już od kilku tygodni czy nawet miesięcy ludzie Republikanów prześwietlają dokładnie dzień po dniu, osobę po osobie z życia Baracka Obamy. Byli już z pewnością i dokładnie prześwietlili rodzinne strony w Kenii, Indonezji czy na Hawajach, z którymi to miejscami pośrednio lub bezpośrednio związany jest kandydat Republikanów.
Oczywiście to nie jest tak, że nikt o barwnej przeszłości Baracka Obamy nie wiedział. Media i liberalne środowiska mające wpływ na opinię publiczną, które to sympatyzowały z Obamą, zwyczajnie jej nie podnosiły. Rywale w walce o nominację ( zwłaszcza Clinton) bardzo długo nie dopuszczali do siebie myśli o tym, że czarnoskóry polityk może być poważnym konkurentem. Gdy nie wiadomo kiedy okazało się, że może być nawet faworytem w wyścigu o nominację, o schowaniu najcięższych dział zadecydowało, jak sądzę, kierownictwo Partii Demokratycznej.
Obama jest oczywiście politykiem bardzo utalentowanym. Jego polityczny urok i umiejętność odczytania klimatu politycznego jaki zapanował po rządach Busha zadecydowały o jego dotychczasowym sukcesie. Jego kampania odwoływała się właśnie do tych kilku elementów: uroku człowieka znikąd, młodego utalentowanego, czarującego, który chce przewietrzyć Biały Dom, dać nadzieję na zmianę, w która można uwierzyć. W jaki sposób ma to nastąpić oraz co konkretnie kryje się za pojęciem „zmiany" nigdy tak naprawdę nie zostało powiedziane. Wielu komentatorów politycznych skierowało w stronę Obamy falę krytyki właśnie z tego powodu, uważając że pod grubą warstwą bardzo dobrego pijaru, kryje się człowiek, którego zamiarów tak naprawdę nikt nie zna. Nie sposób odmówić tym argumentom racji.
Bartłomiej Królikowski
Więcej o geopolityce- i nie tylko - na portalu www.mysl.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (2)