„Przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski i szef MSZ Hiszpanii Miguel Angel Moratinos razem wydali oświadczenie, w którym oskarżają Lecha Kaczyńskiego o to, że hamuje dobrobyt i rozwój Europy" - czytamy na portalu Dziennik.pl. Nie, nie nazwę tego zdradą, sprzedażą polskich interesów . Nie dokonała się bowiem sprzedaż Polski, nie zdradzono żadnej wielkiej polskiej sprawy. Cóż bowiem może zrobić polityk niewielkiej dziś już partii, której wpływ na cokolwiek jest co najmniej znikomy. Oczywiście nie ma nic gorszego dla polityka niż fakt, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Nie chodzi tu nawet o media. To przede wszystkim porażka w oczach delegatów SLD, którym Napieralski obiecał wielkość. Ale jak tu ją zbudować skoro główny jej budowniczy jest lekceważony jako jakiś tam sobie polityk? Jak ma kojarzyć on się z prostą drogą do władzy skoro na jego nazwisko konkurenci odpowiadają:„Napieralski? Hmmm chwileczkę..taaak jest taki polityk chyba i co z tego"?
Dziś Grzegorz Napieralski może czuć się jak ktoś zupełnie wyjątkowy( celowo nawiązuję do pewnej reklamy). Członek jego ulubionej partii( PSOE), kolega jego wielkiego mistrza wraz z nim wystosował oświadczenie o treści międzynarodowej. Można powiedzieć, że szef SLD poczuł się niemal jak premier, który to decyduje o sprawach zagranicznych Polski. Tyle, że Napieralski premierem nie jest i może sobie oświadczać co chce, a jego słowa i tak nie zostaną zauważone przez nikogo. Jeśli jednak ktoś zauważy, że rzeczywiście szef SLD coś sobie oświadczył, to tylko dlatego, że te „wielkie słowa" w ustach pozbawionego wpływów polityka wyglądają bardzo zabawnie i urozmaicają medialne relacje polityczne.
Jakże czuć musiał się „polski Zapatero" kiedy jego mistrz José Luis Rodríguez Zapatero szef hiszpańskiej PSOE ( właściwie jedynej partii lewicowej w Europie, która nie przegrała i nie stacza się po równi pochyłej ), premier Hiszpanii, powiedział, że nie zna człowieka o nazwisku Napieralski i nigdy o nim nie słyszał. Jakże to? Oczywiście nie można mistrzowi zarzucić niewiedzy - podważyłoby to jego autorytet. Jakże bowiem mistrz ma nie znać przywódcy bratniej socjalistycznej partii nie z jakiejś tam Malty czy Słowenii, ale z dużego kraju Unii Europejskiej? Myślę, że Grzegorz Napieralski oczekiwał od premiera Hiszpanii odpowiedzi w stylu „choć nie miałem jeszcze przyjemności poznać Pana Napieralskiego wiele o nim słyszałem, jestem pełen podziwu dla jego talentu politycznego, jest to wielka nadzieja europejskiej lewicy". Tak się jednak nie stało.
Szczerze mówiąc całe zamieszanie wokół wyborów w Sojuszy Lewicy Demokratycznej jest dla mnie niezrozumiałe. Nie widzę wielkiej różnicy między Olejniczakiem a Napieralskim. Mam prawo sądzić, że obaj prowadziliby - i jak widzę Napieralski prowadzi - politykę przystawki. Pojawia się ona w sytuacji, gdy partia polityczna jest zdominowana przez inne - nie jest ani główną ( a przynajmniej równorzędną z innymi ) partią opozycyjną ani też główną partią rządzącą. Dziś spór toczy się między PiS a PO - to one spolaryzowały już niemal scenę polityczną. W głównych tematach tego sporu nikt nawet nie zauważa głosu SLD. Jest to upokarzające dla formacji, które przecież dzieliła i rządziła przez niemal całe piętnastolecie po 1989 r. Jak widać jednak nie wystarczy być dużym i wpływowym stronnictwem. Konieczna jest spójna koncepcja przystosowana do wymagań dzisiejsze doby. SLD tego nie rozumie i brnie dalej w politykę przystawki: zajmuje możliwie najbardziej radykalne stanowiska, gdy jest proszony o opinię wypowiada się tak aby się wyróżnić ( czy jest to konieczne czy też nie).
Przystawkami były Liga Polskich Rodzin i Samoobrona, jest nią dziś SLD, ale nie jest z kolei PSL. Dlaczego? Otóż ludowcy prowadzą spokojną, konsekwentną, przemyślaną politykę, stanowiącą pewną całość - to wzbudza wiarygodność. PSL bodaj ani razu nie przyjęło postawy partii chwytającej się brzytwy w panice przed zdominowaniem. Tego typu zachowania widać już w SLD. Całe zamieszanie z gejami, aborcją, kościołem, apelami na forum międzynarodowym przeciwko polskich politykom - to powrót do „tematów zastępczych", których to podejmowanie daje przeciętnemu Polakowi taki oto sygnał: „Proszę bardzo, podejmuje tak kontrowersyjne tematy, chyba pali mu się grunt pod nogami". Nikt przecież nie głosuje na partie, które w popłochu przed wyborczą gilotyną są w stanie zrobić wszystko, głos oddaje się na stronnictwa, które sprawiają wrażenie silnych.
SLD próbuje wszelkimi sposobami pokazać, że jest, że istnieje, że też ma wpływ na politykę. Przypomina to jednak tupanie małego chłopca, który widząc jak dorośli rozmawiają przy kawie, też chce być zauważony. Jest tak mały, że nie wystaje ponad blat stołu i nikt go nie dostrzega, nie zwraca uwagi na jego krzyki. W końcu chłopiec w akcie desperacji pociąga za obrus rozlewając kawę na wszystkich wokół. Jest więc zauważony, ale czy o to mu chodziło?
Bartłomiej Królikowski


Komentarze
Pokaż komentarze (1)