Często obserwując dyskusje polityczne, odbywające się na forum Salonu 24, mam poczucie pewnego dysonansu. Z jednej strony nie można wielokrotnie odmówić adwersarzom stojącym po obu stronach barykady zdolności retorycznych i umiejętności zapędzania przeciwnika w kozi róg celnymi argumentami. Z drugiej jednak strony nie umiem stanąć po jakiejkolwiek stronie owej barykady, a wspomniane potyczki słowne, choć iskrzące się nierzadko intelektualną wartością są w mojej opinii jałowe. Obserwacje te często skłaniają mnie też do zadania pytania - czy w polskiej polityce jednym z czynników, które powodują, iż jest słaba i niewydolna nie jest przypadkiem niewiarygodne nagromadzenie emocji?
Emocje są nierozerwalną częścią człowieczeństwa. Polityka z pewnością nigdy nie będzie ich pozbawiona. Czy jednak w nadmiernej dawce wsączana w życie polityczne nie staje się dla niego czymś w rodzaju cyjanku? Emocje zdają się naszą politykę rozpychać niczym zbyt duże ciśnienie w oponie. Widać to w programach publicystycznych, dyskusjach na Salonie 24 czy chociażby w zwykłych codziennych rozmowach w pracy. Jednak zauważyłem taką relację - im więcej nagromadzonych emocji tym mniejsze merytoryczne zainteresowanie daną dziedziną. Ta relacja nie ma miejsca jedynie w polityce. Proszę spojrzeć : ogromne emocje dotyczące PZPN-u w ostatnich miesiącach - w rzeczywistości w Polsce zainteresowanie futbolem jest nikłe. Gdzie nam do Hiszpanii czy Włoch, nie mówiac o Anglii gdzie futbol jest czymś w rodzaju religii, a większość gospodyń domowych zna składy drugoligowych klubów. Jednak dyskusja o PZPNie rozpala wszystkich jak stoją.
To samo w polityce. Wystarczy rzucić gdziekolwiek małą wrzutkę - coś o PO albo PiS i już mamy nagły wzrost emocji. W praktyce niewiele osób wie cokolwiek więcej o aktualnym ustroju politycznym w naszym kraju, o regulacjach i procedurach konstytucyjnych nim rządzącym, ani o ogólnych nawet zwyczajach politycznych obowiązujących w demokracji. Nawet jeśli najbardziej elokwentną dyskusję polityczną rozłożyć na czynniki pierwsze, to po dokonaniu tej czynności zrozumiemy, że podjej powierzchnią nie ma nic realnego, konstruktywnego. Poza niewątpliwą wartością intelektualną, czysto akademicką.
Czemu 20 lat po upadku PRL-u wciąż w naszym narodzie tyle emocji? Czy to nasza genetyczna cecha wrodzona? Gołym okiem widać że te nadmierne emocje są niezwykle destruktywne. Znamiennym przykładem były nagłe wybuchy emocji w czasie rozmów o koalicji PO-PiS w 2005 roku. Wybuchy te niczym płomienie ognia zajmujące stóg siana, spaliły na popiół zdające się jeszcze do niedawna, na zbudowane na solidnych fundamentach zręby współpracy tych dwóch dużych partii. Jedno zdanie rzucone w kuluarach powodowało niekontrolowany przyrost słownej wzajemnej agresji, która rodziła eskalacje konfliktu zgodnie z logiką wojenną. Potem te emocje zeszły w dół do społeczeństwa i trawi je już od bez mała sześciu lat.
Powodów tych emocji pewnie jest wiele. Brak realnego życia politycznego w naszym kraju od setek lat, co wiąże się z obrosłym w mity, podejściem naszecgo społeczeństwa do polityki. Wszyscy funkcjonujemy w przeświadczeniu, iż polityka to erzac wojny.
Nasz kraj cierpi na coś w rodzaju zbiorowego syndromu DDA. DDA to syndrom Dorosłych Dzieci Alkoholików - często u dzieci żyjących w otoczeniu pijanych rodziców objawia się tym, iż dobrze radzą sobie tylko w sytuacji permanentnego zagrożeia i konfliktu. Normalne, spokojne życie wpędza je w lęki i nieprzystosowanie. Dla takich osób istnieje cała sieć pomocy terapeutycznych dająca świetne rezultaty. Przenosząc to metaforycznie na Naród naszymi pijanymi rodzicami byli zaborcy, okupanci i sowieccy nadzorcy z PRL-u. Gdy weszliśmy na droge dorosłości ( wolności ) wciąż mentalnie chcąc czy nie chcąc tkwimy jedną noga w naszej przeszłości.
Przydałaby nam sie jako narodowi taka ogólnokrajowa terapia. Może pomogłaby ona nam zostawić cięzki bagaż przeszłości i pozwoliła iść naprzód już pogodzonymi ze sobą samymi. Nie mieliśmy tak naprawdę dobrego psychologa zbiorowego któty pomógł by nam w tej traumie wielo-dzięsięcioletniego życia w takiej "rodzinie". Może formą takiej terapii byłaby ogólnopolska dyskusja na te tematy. Spokojna, wyważona i merytoryczna. Bez słownej agresji i ochoty rozszarpania swojego przeciwnika na strzępy.
Ponoć najciężej uświadomić sobie alkoholikowi że jest uzależniony.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)