Polska w cieniu jednego człowieka.
Żyjemy w kraju, w którym polityka od dawna przypomina psychodramę jednego człowieka. Scenariusz? Prosty jak konstrukcja cepa: wszyscy są winni, tylko on jest niewinny. Wszyscy spiskują, tylko on zna prawdę. Wszyscy chcą zniszczyć Polskę, a on - biedny, niezrozumiany prorok - broni jej w pojedynkę przed hordami zepsutych elit, Niemców, genderystów i brukselskich czarownic.
W tej narracji nie ma miejsca na debatę, bo debata wymaga dialogu, a dialog wymaga partnera. A po co komu partner, skoro można mieć wroga? W końcu nic tak nie scala władzy jak wspólny lęk i nienawiść. Tak oto powstała Polska w wersji paranoiczno-patriotycznej - kraj, w którym zamiast wizji mamy krucjatę, a zamiast rządów prawa - rządy urażonego ego.
Zadziwiające, jak łatwo w Polsce można było zbudować potęgę na resentymencie. Wystarczyło parę prostych haseł, trochę religijnego zadęcia i szczypta spiskowych przypraw. Do tego obowiązkowa opowieść o tym, że „elity zdradziły naród”, a naród - biedny, czysty, święty - czeka na swojego wybawcę. I oto zjawił się on, z różańcem w kieszeni i poczuciem misji większym niż budżet państwa.
Pod jego okiem polityka stała się terapią zbiorowych kompleksów. Kobiety? Zbyt niezależne. Sędziowie? Zbyt samodzielni. Unia Europejska? Zbyt nowoczesna. Wszystko, co nie pasuje do sztywnej wizji świata z czasów czarno-białego telewizora, zostaje uznane za zagrożenie. W efekcie mamy kraj, który jedną nogą stoi w XXI wieku, a drugą - w epoce, gdy kobieta miała milczeć, a ksiądz wiedział lepiej od konstytucji.
Wielcy przywódcy mają wizje, charyzmę, zdolność porywania tłumów. My dostaliśmy coś innego - człowieka, który postanowił z Polski zrobić swój eksperyment psychologiczny. I to bez zgody pacjentów. Od lat tkwimy w politycznej terapii grupowej, prowadzonej przez człowieka, który uznał, że wolność to luksus, a różnorodność to patologia. Polska miała być silna, a wyszła obrażona. Miała być wspólnotą, a stała się klasztorem z surowym przeorem, który wie, co nam wolno myśleć, czuć i kochać.
To przywództwo, które myli odpowiedzialność z kontrolą, patriotyzm z podejrzliwością, a wiarę z obsesją. W tym świecie kobieta z transparentem to zagrożenie, sędzia to wróg, a Unia to czarny charakter z bajki o złej czarodziejce. Retoryka tej władzy przypomina kazanie po złym dniu - dużo gróźb, zero miłości bliźniego.
Zdumiewające, że człowiek, który nie ufa nikomu, przez tyle lat potrafił przekonać tylu ludzi, by zaufali właśnie jemu. Wszystko w imię obrony Polski przed wyimaginowanymi demonami. Kiedyś walczyliśmy z komunizmem, dziś z „ideologią LGBT”, „Brukselą”, „elitami” i „układem”. To już nie polityka – to saga o walce dobra ze złem, gdzie dobro ma swoje biuro przy Nowogrodzkiej, a zło - całą resztę adresów.
Niektórzy mówią, że trzeba poczekać, aż ta era się skończy. Ale problem nie zniknie sam. Bo nie chodzi o jednego człowieka. Chodzi o nas - o to, że wciąż tak wielu lubi, gdy ktoś myśli za nich. Wolność jest trudna, odpowiedzialność męczy, a autorytet daje spokój. Nawet jeśli ten autorytet widzi w każdym przeciwniku wroga.
Może więc czas dorosnąć. Przestać klaskać tym, którzy każą nam się bać. Polska nie potrzebuje już wodzów. Potrzebuje dorosłych obywateli, którzy wiedzą, że demokracja to nie miłość do przywódcy, tylko odpowiedzialność za wspólnotę.
Piotrek K.





















Komentarze
Pokaż komentarze (4)