Pamętam pierwsze nasze spotkanie. Przyprowadziła mnie na nie dawna, pierwsza i już całkiem zapomniana żona Wacka. Był rok 1982. Marcowe popołudnie. W trójkę pojechaliśmy samochodem Jarka w kierunku Jabłonnej. Sprawa była prosta, ja miałem offset Romayor wykradziony za czasów solidarnościowego karnawału z Urzędu mst. Stołecznego Warszawy, a Jarek poszukiwał mocy produkcyjnych dla właśnie startującego wydawnictwa Przedświt. To pierwsze spotkanie i podróż do miejsca ukrycia offsetu okazały si bardzo udane. Maszyna, nie odwiedzana przeze mnie od czasu wybuchu wojny jaruzelskiej, wciąż znajdowała się w altance na działce należącej do jednego działaczy Regionu Mazowsze. Maszyna, którą kilka miesięcy temu bezczelnie, pod nosem milicji, wywiozłem z Urzędu po schodach od strony placu zwanego w tamtych czasach Dzierżyniakiem, stała się początkiem mojej znajomości z Jarkiem. Jej losy dobrze ilustrują wzloty, upadki i przesilenia mojej z nim zażyłości.
Po pierwszym rekonesansie, i długich poszukiwaniach miejsca, na konspiracyjną drukarnię, przetransportowaliśmy w końcu Pelasię, jak ją nazywaliśmy, do Otwocka i zainstalowaliśmy w piwnicy nowobudowanej "daczy" teścia jednego z przyjaciół Jarka - znanego plastyka. Teściu, AK-owiec i absolwent Wyzszej Szkoły Morskiej w Gdyni, był surowym gospodarzem z niewielką ilością cierpliwości dla bandy młodych, pełnych życia, beztroskich chłopaków. Był jednak litościwy...
Dla uzasadnienia naszej tam obecności, jak również, by okazać wdzięczność naszemu gospodarzowi za gościnę, wykonywaliśmy tam jakieś pomocnicze prace pod jego kierownictwem. Montaż, instalacja i urządzanie drukarni potrwały do końca lata. W międzyczasie, znajdując Jarkowi kolejne "dojścia", drukowaliśmy kolejne numery "Zeszytów Literackich" i innych publikacji po warszawskich i okolicznych drukarniach.
Zażyłość z Jarkiem rosła, jak i moja nim fascynacja. To jego wpływ jest w części odpowiedzialny za rozluźnienie ciasnego gorsetu mojego materialistycznego światopoglądu w jakim zostałem wychowany. Bo z Jarkiem trudno było być tylko współkonspiratorem. Chcąc, nie chcąc dwudziestoparo letni młodzieniec, brałem udział w jego dzikich podróżach po nowym dla mnie, ezoterycznym świecie duchowym.
Późną jesienią tego roku, w przeddzień rozpoczęcia regularnej produkcji, SB zwinęła mnie i kilku członków grupy w mieszkaniu konspiracyjnym na Sadybie. Mnie jako pierwszego, a resztę wyłapano, jednego po drugim w klasycznym kotle. To było moje pierwsze spotkanie z brutalnym wymuszaniem zaznań przy pomocy bicia pałką po stopach i pięścią po całym ciele.
Ku mojemu zdumieniu, po 48 godzinach wszystkich nas wypuszczono. Zakładałem, że wszyscy jak i ja, wytrzymali śledztwo i nasza grupa, choć zdekonspirowana, może w dalszym ciągu "knuć", po zejściu w ścisłe podziemie. Nic z tego. Szybko okazało się, że w czasie naszej "nieobecności" maszyna zniknęła z konspiracyjnej drukarni, a Jarek odmówił jakichkolwiek informacji na temat jej losu, pod pretekstem, że jesteśmy spaleni. Sfrustrowany i mocno zagniewany, szukałem nawet pomocy u Grzesia Boguty. Wszystko to trwało dużo czasu i w końcowym efekcie okazało się całkowicie bezowocne. W międzyczasie zaś moja grupa, dotąd niezwykle zgrana i zdolna do harmonijnego działania, zaczęła się rwać na strzępy. Mnożyły się oskarżenia o finansową nieuczciwość, podejrzenia o współpracę z SB...
Wraz z maszyną zginęła również moja zażyłość z Jarkiem. Wkradły się żal, nieszczerość, brak zrozumienia. Nasze drogi rozeszły się na długo. Jarek jednak pozostał we mnie. Nie mogło być inaczej. Zbyt dużo nowych, w moim życiu, doświadczeń, idei, smaków poznałem dzięki niemu. W ten sposób, jego wpływ jeśli nie trwałym , okazał się być naprawdę długotrwałym.
Pod koniec 85-ego, przyszło aresztowanie, więzienie na Mokotowie, długa głodówka, Kiszczakowska amnestia i wreszcie emigracja po krótkim okresie intensywnych i niezrozumiałych prześladowań przez MO i SB. Przed wyjazdem kilka razy widziałem się z Jarkiem, ale maszyna i tajemnica otaczająca jej losy, nie pozwoliła na odnowienie naszej zażyłości.
Odwiedzałem Polskę kilka razy w ciągu tych lat. Za każdym razem odwiedzałem też Jarka. Były to zawsze krótkie i niezbyt wspaniałe wizyty. Po części dlatego, że tajemnica wciąż pozostawała niewyjaśniona, po części dlatego, że doświadczenia amerykańskie bardzo mnie odmieniły i było coraz mniej obszarów po których mogliśmy się obaj poruszać z miłą świadomością, że są nam wspólne i obu nas interesują. Nigdy jednak nie zrezygnowałem z tych odwiedzin, a Jarek był zawsze miłym i gościnnym gospodarzem. Potrzebowałem ich, tych wizyt w młodość. Dzięki nim odzyskiwałem poczucie ciągłości mojego losu, tak dramatycznie odmienionego emigracją.
Przełom nastąpił dwa lata temu. Jak zwykle znienacka zadzwoniłem do Jarkowych drzwi, mówiąc: cześć, mówi Rudy, mogę wstąpić? Jak zawsze zasiedliśmy w jego eklektycznie zabałaganionej pracowni, pijąc litry herbaty, gadając o przeszłości. I nagle na moje pytanie o to co się wtedy stało z maszyną, Jarek powiedział prawdę.
Nie wiem co się na to złożyło. Czy może wizyta i obecność jego córki, czy może doszedł do wniosku, że minęło już dostatecznie dużo czasu, a być może, że całkiem po prostu zapomniał w końcu, że tak długo przede mną ukrywał prawdę... Nie wiem. Dość, że bez chwili wachania i lekkim tonem konwersacyjnym, powiedział mi, że maszynę przekazał Wojtkowi Eichelbergerowi i że "jego chłopcy" ewakuowali ją w czasie kiedy siedziałem na Mostowie ze swoimi ludźmi. Po moim spontanicznym okrzyku, jak mogłeś to zrobić, przecież to była moja maszyna!? Zapanowało kłopotliwe milczenie i dość szybkie pożegnanie. Jak się okazało na zawsze. Już nie zobaczę Jarka i nie zapytam go dlaczego tyle lat krył prawdę przede mną, człowiekiem, który mu tę maszynę dał do ręki na użytek w WIELKIEJ SPRAWIE.
O jego śmierci dowiedziałem się trzy zaledwie dni temu. Chodzę jak struty. Jestem smutny i tak mi okropnie żal, że już nigdy nie zadzwonię do jego drzwi. Ale nie ma co się mazać. Rudy też już nie jestem. I jakoś siwiutkiemu, starszemu panu, nie przystoi stojąc na chodniku przed kamienicą na Oboźnej, mówić do domofonu: cześć, mówi Rudy...
Bywaj Jarku. Byłeś i Świadkiem i Zdarzeniem.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)