88 obserwujących
541 notek
590k odsłon
306 odsłon

Jarosław Górski: Apokalipsa według Ildefonsa

Wykop Skomentuj


Niepoważny stosunek do życia
figla ci w końcu wypłatał
nadmiar kolorów, brak idei
zawsze się kończą wstydem
i są wekslem bez pokrycia
mój ty Niprzypiąłniprzyłatał!
(„Na śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód” – 1929)

Gałczyński, oczywiście sam szarlatan, zawsze był przejęty losem szarlatanów, tych dziwaków, wariatów, alkoholików i poetów, narzucających się bliźnim z niezrozumiałym przekazem, których wszyscy mają serdecznie dosyć. Zawsze mówił o nich czule, z patosem, tym bardziej, im więcej lekceważenia i wzgardy dostawało im się od otoczenia. Dla poety, pijaka i awanturnika, któremu marnego końca życzyli zgodnie wszyscy bliżsi i dalsi znajomi, przygotował wniebowstąpienie godne świętego:

Zapachniały zefiry,
brzękły potrójne liry,
pierzchnęła tłuszcza.
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach.
(„Śmierć poety” – 1930)

I zdaje się, że właśnie to przejęcie, to współczucie z szarlatanami aż do szarlatańskiej autoidentyfikacji, to był jeden z powodów tych paskudnych akcesów poety: najpierw do rodzimego faszyzmu, później do rodzimego stalinizmu. Pokrętny jak lot motyla umysł próbował z jednej strony odnaleźć taką autoidentyfikację, która pozwoli mu się w końcu poczuć nieodrębnym, niedziwacznym i najzwyczajniej w świecie silnym. Silnym skoro nie własną krzepą (bo tą przecież motyl-szarlatan pochwalić się nie może), to choćby brutalnością zbiorowości uzbrojonej w ideologię pozwalającą jej zapomnieć o skrupułach i wahaniach. Z drugiej strony – i o tym też warto pamiętać – zarówno polski (i nie tylko polski) faszyzm, jak i polski (i nie tylko polski) stalinizm miały dla szarlatanów, których nikt nie kocha, którzy są zawsze sami,propozycję miłosną, oczywiście oszukańczą, ale jakże inną od tej obojętności i wzgardy, którą obficie raczyły ich oświecone areopagi i mieszczańskie gawiedzi. Szarlatan, choć z awersją do pospolitego, mrówczego wysiłku, do życiowej przezorności i systematyczności, chciał się przecież czuć potrzebny, pożyteczny, sprawczy i chciał wierzyć, że uwodziciel umie go przemienić, wykorzystać dla ogólnego pożytku jego wizjonerstwo, że umie skanalizować jego wałęsanie się, pozbierać rozbiegane myśli i uspokoić rozedrgane nerwy.

Apokalipsa permanentna

Ale wróćmy do Bolonii. Reakcja oświeconych mędrców na zapowiedź końca świata jest znamienna. Oni ani w żaden sposób nie weryfikują ustaleń profety, ani nie kompromitują jego metody, ale zamykają mu usta przemocą autorytetu. Nie próbują nawet spojrzeć na wyliczenia i wykresy, z których Pandafilanda wyciągnął przerażający wniosek, ale – ślepo posłuszni rektorowi Akademii – atakują samo postawienie problemu końca świata. Problemu, który jest z samej swojej istoty nieweryfikowalny (no bo jak metodami naukowymi stwierdzić, że do końca świata w istocie doszło) i nierozwiązywalny, a więc umysły oświeceniowe mogą tylko udawać, że problem nie istnieje, mogą moralnym terrorem i ostracyzmem zniechęcać szarlatanów do wypowiadania kwestii zbyt skomplikowanych. To także wielokrotna obserwacja Gałczyńskiego: kiedy oświeceniowa wyobraźnia, uzurpująca sobie przecież obiektywizm, natrafi na problem, z którym nie jest w stanie sobie poradzić, odwołuje się do autorytetu, do własnego przesądu, sprawę zakrzykuje obelgami miotanymi w tych, których kwestia przejmuje, lub zamiata pod dywan.

Tymczasem mija godzina i koniec świata przychodzi do Bolonii tak, jak to przepowiedział uczony szaleniec. Pierwszą plagą zwiastującą zagładę było pękanie luster. Pękały one w domach znamienitych obywateli miasta i to w taki sposób, że przeglądający się w nich nie rozumieli, że to lustra są popękane. Spojrzenie w pęknięte zwierciadło daje doskonałą iluzję własnej twarzy, która wydaje się pęknięta na dwoje. Ale może to nie jest iluzja? Może plaga polega właśnie na tym, że dotknięte nią lustra pozwalają spokojnym dotąd i pewnym własnej integralności obywatelom dostrzec to, że w istocie są rozcięci, rozdwojeni, że ich spójność, jedność ducha i materii, intencji i czynu była tylko złudzeniem, które właśnie zostało zdemaskowane.

Świat rozdwojonych ludzi opuszczają wartości, wzorce i punkty odniesienia, których bezkompromisowa jednoznaczność nie ma już tutaj racji bytu:

Więc widząc, co się święci,
z kościołów uciekli święci,
salwując się fugą niepiękną,
jak lustra nie chcieli pęknąć.
Uniosły się trwożnie do góry
ładne gliniane figury
i poleciały do nieba.
Nie ma świętych, gdy potrzeba.

Świat od tej pory pozbawiony będzie jakiejkolwiek hierarchii, jakiegokolwiek porządku, bo nie będzie miary, która pozwoliłaby odróżnić kosmos od chaosu. Skoro każdy postrzegający podmiot ma samoświadomość niespójności i rozszczepienia oraz świadomość umowności wszystkiego, co bezwzględne, postrzegany świat będzie teraz zupełnie nieprzewidywalny:

Koty, motyle i drzewa
tańczyły ze zgrozy w kółko,
skrzydła siwiały jaskółkom,
widziano krew na kamieniach.
Widziano, jak nawet rektor
ze strachu spuszczał zasłony
i płakał, jak narodzony,
a przecież nie był bylekto.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale