Cały ten zamęt z Kataryną wywołał u mnie kilka refleksji. Zaczynając swoją salonową egzystencję, zdecydowałem się na anonimowość także pod wpływem tej debaty.
Skąd tak radykalne ataki znanych dziennikarzy (Sadurski) na anonimowych blogerów? To proste. Stąd, skąd okrzyki Putina przeciw amerykańskiej Tarczy i zaangażowaniu Zachodu na Ukrainie. Stąd, skąd wielkie kampanie koncernów medialnych przeciw "piractwu". Z obrony wpływów, władzy, możliwości - które do niedawna były źródłem utrzymania i pozycji, a dziś przestają nim być - stają się bowiem ogólnie dostępne.
Szansą dla naszej cywilizacji jest każde ułatwienie przepływu informacji.
Internet jest w tej dziedzinie przełomem na miarę wynalazku koła, pisma, a co najmniej druku. W przeciwieństwie do wyżej wymienionych, internet upowszechnia się błyskawicznie - przez kilka lat, nie stuleci. Szok jest więc wielki.
Naturalną konsekwencją uwolnienia dystrybucji informacji jest fakt, że ten, kto dotąd wykorzystywał swój monopol w tej dziedzinie, traci (przestaje zarabiać). Tego jednak uniknąć się nie da. Tysiące prawników, kampanie medialne i polityczne mogą ten proces spowolnić, lecz nie powstrzymać.
Jedyną poważną konsekwencją może być to, że nasz region, opanowany przez skostniałe struktury niedawnych dystrybutorów informacji, przegra w tempie rozwoju z innymi regionami świata.
Przypomnijcie sobie z historii: Wynalazek Gutenberga był natychmiast objety ograniczeniami ze strony Kościoła i władz świeckich. Cóż po tym, że płonęły księgi, że zamykano oficyny. Dziś nie uważamy ówczesnych "piratów drukarskich" za przestępców - raczej za bohaterów. A przecież ledwie pół wieku wcześniej każda publikacja pisana musiała przejść przez benedyktyńskie skryptoria. Każdy przekaz ustny nie miał szans wobec potęgi wszystkich ambon parafialnych, z których shierarchizowana sieć informacyjna Kościoła mogła nadać dowolny komunikat. Hus mógł wstrząsnąć Czechami i musiał przegrać. Luter miał druk: wstrząsnął Europą.
Wracając do maja 2007. Wielkie siły są dziś zaangażowane w blokowanie wolności informacji w internecie. Mamy głośne akcje przeciw "piratom" korzystającym z e-muła, próby opatentowania wszystkiego przez Microsoft i kolegów. Mamy sprawę ICM, znanego polskiego serwisu z prognozą pogody, któremu analogiczna Brytyjska instytucja zabroniła publikować za darmo tego, za co sama bierze pieniądze.
I, w końcu tego przydługiego tekstu, docieram do sedna sporu. Dziennikarz, zarabiający pieniądze na dystrybucji informacji, spotykając sprawnego blogera jest zagrożony. Musi walczyć o życie. Oto ktoś za darmo robi równie dobrze to, za co on dotąd brał grubą kauchę. Może, oczywiście, dostosować się do nowych warunków. Jeśli jest inteligentny. Jeśli nie bardzo - widzi tylko, że ktoś mu zabiera tą grubą kasę. Być może, jak przeczytałem w jakimś zjadliwym komentarzu, Kataryna nie jest osobą, lecz tytułem prasowym: może to grupa dziennikarzy, którzy dzień po dniu publikują dobre teksty, jakich nie mógłby wydać z siebie jeden autor. Ale to NIE JEST nieuczciwa konkurencja. Może p.Sadurski z kolegami założyć inny tytuł prasowy. Może być lepszy. Nie może? No cóż, współczuję. Musi się więc zadowolić tym co ma lub przekwalifikować się.
Na koniec: czy godzi się mówić anonimowo, bez ryzyka procesu sądowego itd itp. No cóż. Nie jest istotne czy się godzi. Istotne jest czy możemy zakazać anonimowosci? I ten zakaz wyegzekwować? Nie możemy. Mimo całej techniki, nie da się. Tak jak nie do się zakazać oddychania. Dostęp do powietrza i do informacji jest dziś powszechny.
Mamy więc doskonałą wolność słowa - ze wszystkimi konsekwencjami. To oznacza także wolność opluwania. To, czy plucie będzie bardziej poularne niż słowo nie zależy jednak od regulacji odgórnych. To, czy pluję, czy mówię, zależy ode mnie. Czy klaszczę mówcy, czy opluwającemu zależy ode mnie.
Oto liberalizm. Wolność słowa i wolny rynek (agora, nomen omen) tegoż słowa.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)