- wolnościowy (państwo nie powinno ustalać kiedy i jak wypoczywam)
- ekonomiczny (gospodarka się załamie, jeśli ograniczymy handel)
Argument ekonomiczny jest ostatnio najskuteczniejszy, choć jest kretyński. Aż nie mogę się nadziwić ile to mądrych głów wylicza jakie straszliwe straty poniesie gospodarka, jeśli nie będziemy handlować w niedzielę.
Przypominam: mówimy o zakazie handlu, nie pracy. Handel to nie produkcja, lecz konsumpcja, obrót pieniądza. Gdyby chodziło o fabryki -- łatwo wyliczyć: nie pracują w niedziele, produkują o 1/7 dóbr mniej. Ale sklepy? Przecież ja w sklepie wydaję swoją pensję. Kupuję potrzebne mi towary. Jeśli nie kupię ich w niedzielę -- kupię w sobotę lub w poniedziałek! No co -- nie kupię chleba, a pieniądze zjem? Wypcham nimi materac? Ludzie! Ja i tak wydam zarobione przeze mnie pieniądze. I reszta rodaków też. Nie bójcie się. Jeśli o to chodzi, że w niedziele z rodziną puszaczałem więcej gotówki w sklepach niż potrzeba, to może jeśli będą zamknięte, pójdziemy na lody lub do kina. Może odłożę na wakacje lub na mieszkanie. Tak czy siak, kasa wróci na rynek.
Ten potencjalny zakaz nie oznacza więc ograniczenia gospodarki, lecz najwyżej zmianę jej profilu. Oznacza jednak także zmianę sposobu życia w wymiarze masowym. Dziś często po prostu nie ma gdzie pójść spędzić czas, jeśli nie do centrum handlowego. Może dzięki zakazowi byłoby?
Ale tu już wkraczamy w sferę nie ekonomii, lecz wolności.
A o tym w sąsiednim artykule.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)