- wolnościowy (państwo nie powinno ustalać kiedy i jak wypoczywam)
- ekonomiczny (gospodarka się załamie, jeśli ograniczymy handel)
Argument wolnościowy jest ważki. Jeśli przyjąć filozofię indywidualistyczną, to rację ma taki geralt, który w dyskusji u Rybitzky'ego wspomina o likwidacji wszystkich dni wolnych ustawowo od pracy. Logika jest żelazna: kto chce świętować, grillować czy wyskoczyć na narty -- niech bierze urlop. Przydadzą się ustawowe gwarancje, żeby szef nie odmawiał urlopu w Wielki Piątek lub jak kto chce, rocznicę rewolucji. To jest do zrobienia? Pozornie. Ni tylko dlatego, że ludzie nie lubią wolnościowej logiki i nigdy się na to nie zgodzą.
Istotą sprawy jest dzień święty.
Czy społeczeństwo potrzebuje wspólnych świąt? I czy święta winny w dzisiejszych czasach różnić się od wakacji? Czy tylko "wolne" jest nam potrzebne? I czy świętowanie należy do spraw tak ważnych dla społeczności, że ma ona prawo narzucać to jednosce?
Myślę, że to problem poważny. Człowiek współczesny należy do tego samego gatunku, co jego przodkowie. Potrzebujemy czasu sakralnego. Okłamano nas, że chodzi tylko o wylegiwanie się z piwem lug wyjazd rowerowy. O inną formę codziennej knsumpcji. Nie. Trzeba każdemu dnia na odstawienie codzienności, na wspólne bycie razem. I potrzeba, by był to czas wspólny dla całej społeczności. Poczytajcie wspomnienia, pamiętniki, opisy obyczajów. Sięgnijcie do własnych głów. To właśnie święta nam zpadają w pamięć.
Przygotowania, wytworny strój, smak potraw, zapach choinki czy ciasta towarzyszą nam do końca życia, a wraz znimi obraz dziadka, czy babci. Dawno nie żyją -- ale pamiętamy ich właśnie w kontekście świąt. I ta świadomość, że dzieje się coś ważnego, świętego właśnie. Misterium.
Potrzebujemy sacrum. Narody także go potrzebują. To, że nie świętujemy naprawdę niepodległości, konstytucji, ze zamiast tego mamy długie łykendy, świadczy o dramacie polskiej tożsamości narodowej.
Dlatego szlag mnie trafia, gdy słyszę argumenty jakiegoś księdza, który otwiera kaplicę w supermarkecie. "ludzie tam są, więc my musimy iść do nich" -- mówi. Do diabła, ludzie przez wieki w każdej wsi co niedziela pili w karczmach. Jakoś tam żaden proboszcz nie spieszył odprawiać mszy. To pokazuje jak daleko zabrnęliśmy w okrawaniu naszego życia z sacrum. Misterium zmieniliśmy w produkt. Ma on konkurować z resztą oferty rynkowej.
Słabość tradycyjnych struktur społecznych jest dziś wielka. Wobec krysysu Kościoła, słabości tradycji i rodziny potrzebne jest wsparcie państwa. Ratujmy się, póki czas. Zanim sprzedamy naszą tożsamość za cukierki kupione przy kasie marketu.
Ograniczenie handlu jest dobrym punktem wyjścia.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)