Ojciec 1500+
Ojcowie, nie drażnijcie dzieci, ale wychowujcie je stosując dyscyplinę i nauczając je tego, co się podoba Panu. Ef 6.4
9 obserwujących
21 notek
57k odsłon
  1466   0

Czy szczepić dzieci? Tak, szczepić! Ale rozsądnie i odpowiedzialnie!

Na wstępie zaznaczę, że notka ta NIE DOTYCZY szczepień przeciw COVID-19, bo szczepionki przeciw tej chorobie nie są zalecane dla osób poniżej 16 roku życia, gdyż nie były testowane na tej grupie wiekowej. Koniec, kropka. Dlaczego o tym piszę? Bo dyskusja pod poprzednią notką "Rodzice wcześniaków włączeni do "grupy 0" szczepień przeciw COVID-19" udowodniła, że w grupie antyszczepionkowców przy każdej okazji znajdą się udający idiotów cyniczni manipulanci, którzy będą wmawiać, że "kochający ojciec nie pozwoliłby za zadne skarby wstrzyknąć swojemu dziecku niezbadanego lekarstwa" (dosłowny cytat z komentarza) i sugerować, że namawiam tu do szczepienia dzieci przeciw koronawirusowi (poprzednia notka miała charakter czysto informacyjny dokładnie pokrywający się z jej tytułem). Udowodniła ona także, że znajdą się w tej grupie także tacy, co nie muszą udawać idiotów i w każde brednie uwierzą - byle tylko podważały naukę i zdrowy rozsądek, zaś popierały ich teorie. 

Czy szczepić dzieci? Sam w trzeciej dobie po narodzeniu omal nie "przejechałem się na tamten świat" (a w zasadzie to przejechałem się, tylko cudem wróciłem z zaświatów) z powodu podanie szczepionki BCG (przeciw gruźlicy). Ale winna nie była szczepionka - winne były: NIEDBALSTWO, BAŁAGAN ORGANIZACYJNY i NIEKOMPETENCJA. Wracającej z urlopu pielęgniarki nie poinformowano które dzieci nieprzebywające w inkubatorach są wcześniakami, z kolei ta pielęgniarka też nie wykazała się czujnością i nie odróżniła trzydniowego wcześniaka urodzonego w siódmym miesiącu ciąży od dziecka urodzonego o czasie (fakt, że jak na wcześniaka miałem sporą urodzeniową masę ciała - dlatego nie wymagałem inkubatora, ale bez przesady) i podała mi szczepionkę, której absolutnie nie powinna była podawać. W rezultacie doszło do bardzo silnego wstrząsu (niektórzy lekarze twierdzili nawet, że przez moment byłem w stanie śmierci klinicznej) po którym zapadłem w śpiączkę. Noworodek (a tym bardziej wcześniak) w śpiączce w roku 1972 nie miał szans na przeżycie. Dziecko na tym etapie powinno jeść co trzy godziny, a u mnie nawet żołądek przestał pracować - odżywiany wyłącznie kroplówkami szybko traciłem masę i dlatego lekarze powiedzieli mojej Mamie wprost, że jeśli wierzy w Siłę Wyższą to niech się modli o cud, bo medycyna jest bezradna. I nastąpił cud - nie wiem czy to była największa w XX burza na słońcu czy co innego, ale po miesiącu obudziłem się (a byłem już tak wychudzony, że ubranko na lalkę było na mnie za duże). 

Tym, co już się z politowaniem stukają się w głowę skąd taki tytuł artykułu u faceta, który po podaniu szczepionki ledwie uciekł spod kosy Kostuchy (i wymyślają ironiczne i obraźliwe komentarze... tak, już przyzwyczaiłem się do tego, że mędrzec mówi "wiem, że nic nie wiem" a idiota myśli "wiem wszystko, a inni to...") jeszcze bardziej "dołożę do pieca".

W czerwcu 2016 roku przyszły na świat moje Bliźniaki. Ponieważ urodziły się przed czasem (u bliźniaków wcześniactwo to norma) z wrodzonym zapaleniem płuc, od pierwszych swoich dni musiały stoczyć ciężką batalię o przeżycie, którą opisałem w artykule "Świadectwo ojca". Już w trakcie pierwszej doby trafiły do dwóch różnych szpitali (a Żona leżała w trzecim) bo w całej Łodzi brakowało resiratorów dla noworodków. Kiedy podawano mi różne "zgody" do podpisania, tak w jednym jak i w drugim szpitalu poszedłem do Lekarza Prowadzącego i wytłumaczyłem, że sam z powodu bycia zaszczepionym zbyt wcześnie omal nie straciłem życia więc (na wszelki wypadek, gdyby się okazało że reakcja na szczepionki może być dziedziczna) proszę aby odłożyć szczepienie moich dzieci do momentu, aż nabiorą trochę sił. W obydwu szpitalach Lekarki zgodziły się bez wahania, stwierdziły że nawet bez mojej prośby same podjęłyby taką decyzję z dwóch powodów: 

- kiedy dziecko walczy o życie nie należy go w żaden sposób dodatkowo osłabiać, a szczepionka niewątpliwie osłabia organizm na kilka dni (układ odpornościowy misi walczyć z wyimaginowanym drobnoustrojem zamiast walczyć z tym, co jest rzeczywistym zagrożeniem dla życia), 

- szczepienie dziecka chorego nie ma sensu, bo reakcja immunologiczna organizmu bedzie nieporównywalnie słabsza niż gdyby zaszczepiono dziecko, które już wyzdrowiało. 

Umówiliśmy się, że dzieci zostana zaszczepione na dobe przed wypisaniem ze szpitala, bo prawdopodobieństwo złapania gruźlicy na oddziale intensywnej terapii noworodka lub tym bardziej na supernowoczesnym oddziale wad wrodzonych i patologii noworodka (jak wspomniałem - dzieci leżały w dwóch różnych szpitalach) jest zerowe. 

Jakie było moje zdziwienie i irytacja, gdy w jednym ze szpitali kilkakrotnie, w odstępie kilkudniowym musiałem odsyłać do Lekarza Prowadzącego kolejną (a może tę samą... byłem tak zatroskany Dziećmi, że nie zwracałem uwagi na takie szczegóły) pielęgniarkę podsuwającą mi do podpisu oświadczenie, że "jestem świadomy odpowiedzialnmości karnej z powodu narażenia zdrowia i życia dziecka przez brak zgody na podanie szczepionki"?
Czy ten cyrk z oświadczeniami wynikał tylko z tego, że niedoinformowane pielęgniarki chciały mieć "porządek w papierach" czy też wynikał z tego, że przez ponad 40 lat w kwestii niedbalstwa, niekompetencji i bałaganu organizacyjnego nic się nie zmieniło i gdybym podpisał tę piep... zgodę na podanie szczepionki, to pielęgniarka podałaby ją bez zgody lekarza i bez konsultacji z nim walczącemu z zapaleniem płuc i odmą dziecku w stanie średnio-ciężkim, czym naraziłaby je na śmierć? 

 Dzieci zostały zaszczepione na dobę przed wypisaniem ze szpitala (czyli ponad miesiąc po urodzeniu), żaden niepożądany odczyn poszczepienny nie wystąpił i cała historia zakończyła się szczęśliwie.

Lubię to! Skomentuj43 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości