„Dziękuję. Jezus. Polska. Lech Poznań. Smuda” – taki napis pokazał wczoraj na swojej koszulce kolumbijski piłkarz Manuel Arboleda. Po zdobyciu Pucharu Polski w Chorzowie. Dzikus spoza Unii Europejskiej ma się rozumieć.
Nie wiem jak ocenić moje odczucia, ale chyba właśnie wzruszeniem: wciąż wzruszają mnie demonstracje tego typu. Bo to jedna z ostatnich, dostępnych na polskim rynku, indywidualnych, duchowych manifestacji wiary. Szkoda, że w wydaniu misjonarza z drugiego krańca kuli ziemskiej.


Pamiętam oczywiście czasy, kiedy to kamery unikały pokazywania kreślących się znakiem krzyża piłkarzy czy skoczków narciarskich. Ale z tych samych czasów pamiętam widok śpiesznie drepczącego wikarego z wiatykiem i ludzi; przechodniów na ulicy, klękających na moment wprost na chodniku. Teraz się poodwracało.
Sam nie jestem bez winy. Tu w Irlandii (mówię teraz o Dublinie) dość powszechnym zachowaniem jest przeżegnanie się człowieka podczas przechodzenia obok kościoła czy wręcz tkwiącego na byle górce postumentu krzyża. Robią to moherowe babcie, robotnicy w odblaskowych kamizelkach, dzieci na rowerach, chłopaki w dresach z żelem na pustych łbach. Długie miesiące sam uczyć się musiałem wykonania tego gestu równie niefrasobliwie czy równie bezmyślnie (jak pewnie wolą niektórzy).
Coś mnie, cholera, powstrzymywało przed tą manifestacją. Jaką tam manifestacją?! Przed niemalże ukradkowym gestem prawej ręki. Wskazującym przynależność do grupy i jakichś tam z grubsza – wartości. Wartości pomimo wszystko, ot - co.
Oczywiście wiadomo, że w katolickiej Irlandii kościoły i seminaria świecą pustkami. Wiadomo. Ale ten powszechny tu obyczaj wciąż wydaje mi się czymś budującym. W Polsce – poza boiskami i skoczniami, gdzie gnaty za 5 minut można sobie pogruchotać – nie występuje.
Tu jest, ale też niebawem zaniknie. Smutne.
Obserwujemy wymierający gatunek. +


Komentarze
Pokaż komentarze (4)