Pierwsze i jedyne w roku pięć dni pełnego słońca w Irlandii. Pięć dni, na które czekały samochody-kabriolety, tatuaże na klatach i cellulit. Wreszcie można pokazać. Czas nad morze, czas na Howth. Dzień Dziecka!
Przystanek autobusowy, słońce pali. Na schodku przysiada się kolo. Cały na czarno, morda czerwona. Po angielsku prosi o papierosa. Daję bez słowa. Jeszcze czegoś chce w „swoim angielskim”, marudzi. Znamy te akcenty, znamy. – Co tam jeszcze?! A on, już po słowacku, że ma sześć piw i trzeba „dać sobie piwa”. Pazury ma powykrzywiane, łokieć napuchnięty, suknie plugawe. Wyjmuje z czemadana piwo, Bawaria 7.9%. Chce częstować. Po chwili z piętra autobusu widzę, że kołysze się na schodku. „Nie siadać na schodkach nawet w upał” – zapisuję w notesiku. Cieszę się, że mimo wszystko to nie Polak!
Dojeżdżam do Howth, morze. Jak w Sopocie, ale to część Dublina – są klify i takie różne skały. Dziś „bank holiday” czyli dzień wolny. Jak w jakąś sobotę. Tłumy. Dwudziestoletni irlandzki ojciec straszy dziecko w wózku, że wrzuci je ze skarpy do morza. Ma tatuaże. Dziecko w wózku nie ma. On z całym tym wózkiem okręca się nad skarpą jak w dyscyplinie „rzut młotem”. Śmieją się. Dziecko też się nie nastraszyło.Tylko ja.
O… - idzie polska rodzina. Nic nie mówią, ale nie muszą. Ona lekko utyka, klapki cisną, albo coś. Trójka drobiazgu, ale tak bardziej koło niego, niż przy niej. Dzień Dziecka w końcu. Ona odstaje od peletonu. Konkretny gość, 100 kilo jak nic. Ona – też postawna, dupiata i łydziasta, odstaje, odstaje, coś cichaczem, ale jednak – woła w ich kierunku. On się odwraca i wrzeszczy: - Jaka dieta, kurwa, jaka dieta?! Nie żryj po osiemnastej! Peleton jedzie dalej.
Cygan na deptaku z harmoszką. Kawałek miejsca na trawie znalazł. Futerał otworzył. Obok murek, na murku klienci pobliskiej smażalni ryb. Morze o 100 metrów, ale ryby zmrożone przed smażeniem. Normalka, taniej, może nawet panga. Klientów dziesiątki dziesiątek, setki, a w smażalni zmieścić się nie da. Stąd ten murek, śmierdzi odpływem. Cygan gra melodię: „Teraz jest wojna, kto handluje ten żyje…”. Ze dwudziestu pijanych Polaków ożywia się momentalnie i wprawia w popłoch cały deptak wrzeszcząc chórem: „zabrali kaszankę, słoninę rąbankę i bimbru się też nie napiję!” Cygan zły gra dalej, turyści obchodzą łukiem.
Już w centrum, wracam do domu, znowu przystanek, nie siadam. – Buu, buuu – trąbienie, nissan. Taki Alex (Polak, mieszkałem w jednej chacie z nim, ale się nie dało: znienacka sprowadził żonę, potem małą Malwinkę, potem wrzaski i pieluchy, potem teściowa…, wyprowadziłem się). – Wsiadaj – mówi. Ubrany na czarno jak i tamten Słowak, więc się waham. Ale wsiadam. – Przepraszam… - zagaja. – Za to, co będzie, czy za to co było? – pytam. - No za tamte akcje. Rozwiodłem się z tą świnią, jak rzep się przyczepiła, k..., a ty wiesz, że ludzie przez nią się ode mnie odsuwali… Gdzie cię podwieźć?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)