Słupki popularności programu, gdzie Ziemkiewicz z Warzechą byliby po prostu sobą, przebiłyby sufit pałacu kultury. Ale takiego programu nigdy nie będzie, bo nie pozwala na to ludzka natura (chęć autokreacji) oraz duch telewizji postrzeganej jako pas transmisyjny śruty w chlewiku.
Dobrze się stało, że Ziemkiewicz się nie upilnował i poszło w eter. Dobrze się stało, że historyczne już bluzgi Lisa na „Grzesia” i durczokowski stół prezenterski trafiły pod strzechy. Wszystko to wskazuje wielki rozziew między realnym życiem, a tym, co prezentują nam media.
W tym sensie „Telewizja kłamie” pozostaje aktualne do dzisiaj. Tam są tacy sami ludzie jak szwagier Andrzej, który przecież do tego "dziadka" w telewizji mówił dokładnie to samo, co pan redaktor. A oborowy Karol tak samo krzyczał jak pan Durczok, jak chlew sam musiał sprzątać... Żadnej różnicy ani w głębi, ani w werbalizacji, ani w zasobie leksykalnym, ani w stylu, ani w ekspresji...
Pożytek z tych akcji może być spory – widz wreszcie ma szansę dostrzec, że telewizor przez 99% czasu emisji staje się zwykłym dozownikiem granulatu. Że gdzieś tam, za heblem reżyserki toczy się prawdziwe, rzeczywiste życie, ale jego przejawy nie mają szansy zaistnienia w świecie. Są zastrzeżoną dla profanów tajemnicą każdego studia. W eter idzie to, co ma iść „pod publiczkę”. Emitowane niekiedy „wpadki naszych prezenterów”, oczywiście starannie selekcjonowane i docięte są dowodem na to, że „i tam są ludzie i tam mają duszę”.
Najbardziej niezależni publicyści czy wręcz prezenterzy przekraczając drzwi każdego studia nakładają na siebie tekturowe pudła – w ich pojęciu wymaga tego po prostu sam obyczaj, sama struktura radia czy TV. Odzierają się z tych przymiotów, słów i zachowań, których wcale nie mają zamiaru ukrywać poza studiem. Preparują na tę okoliczność – zapewne nie dostrzegając już tego – swój wizerunek. „Jestem jaki jestem, ale chciałbym, żeby widz odebrał mnie takim”.
Że to normalne? Że codziennie każdy z nas nakłada maskę przed szefem, przed petentem, przed żoną, przed dziećmi, przed policjantem…, że to po prostu cecha ludzkiego bihejwioru?! Ależ owszem! Jak najbardziej. Idzie tylko o to, by z jednej strony dostrzec zasadę działania studia, wyodrębnić fałszywe tony i nie żreć bezkrytycznie granulatu niezależnie jaką ręką sypanego przez odbiornik.
Przyjmując zaś reguły panujące w TV: jeżeli chciałbym mieć coś przeciw przywołanym „wpadkom”, to jedynie to, że chłopcy zapomnieli o świętej zasadzie każdego studia – nie bluzgamy w żadnych okolicznościach. Że poczuli się zbyt pewnie. Że się zadufali. Reszta dmuchanej afery to „zdechły pies-zabawka” – jak mawia znajomy Irlandczyk uczący się j. polskiego i tworzący w nim idiomatyczne powiedzonka. Znaczy się: nic poważnego.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)