oranje oranje
78
BLOG

2006 – jedenaste kroki narratora w pierwszej osobie

oranje oranje Rozmaitości Obserwuj notkę 2

R.11
 
Przestępuję leżące wprost na schodach bezwładne i zakrwawione miejscami ciało i wchodzę do wnętrza komisariatu. Niedziela. Samo południe. Nikogo. Nawet dzwonka nie ma. Walę w drzwi z szybką, coś się rusza. Wychodzi umundurowana kobieta.
-         He, Hjuston, macie problem... – wskazuję leżącego człowieka.
-         Uuueaa? – pyta ona.
Pokazuję paluchem ponownie i w sukurs funkcjonariuszce przybywa kawaler w mundurze. Gapią się na mnie, jakbym to ja tego trupa tu przytaszczył, myślą coś po angielsku w swoich irlandzkich głowach. Ani myślę się ruszyć - czekam na akcję policji kraju tygrysa celtyckiego. Wychodzimy na schody, stajemy nad ciałem:
-         Napity po meczu... – ocenia ona.
-         Kto grał? – pytam.
-         Dublin z Cork. Wygraliśmy... – mówi on.
-         A w co?
-         W hurling!
-         A skąd wiecie, że napity, a nie trup? Jesteście lekarzami?
-         Widać, że napity przecież..., aaa – ty jesteś może lekarzem?!
-         Jestem, ale nie mam licencji! Moim zdaniem trup!
-         A może nie?
 
Policjantka w końcu łączy się z mieszczącą się po drugiej stronie ulicy stacją pogotowia ratunkowego. Przychodzą z noszami, wrzucają trupa, który wydaje z siebie jakieś pomruki, niosą do szpitala. Na schodach pozostaje tylko plama krwi i moczu, którą deszcz zmywa jeszcze tego samego wieczora.
Z posterunkiem sąsiaduje sklepik kolonialny - o 10 metrów od naszych drzwi i miejsca parkingowego na toyotę, którą mi nocą Polacy kopią pod samym oknem.
Tojotka jest własnością Bratka.
 
- Napisałeś na blogu, że tojotkę ci skopali, a tojotka jest moja… - Bratek ma mi za złe i nie słucha, że to taka figura retoryczna. Zaraz potem zresztą zapada na ciężką grypę, ja jestem bezradny. Tabletki, herbata, miód, rutinoskorbin z Polski jeszcze.
 
Czosnku Bratek nie chce ani też moczenia stóp w misce we wrzątkiem, co poleca mój ojciec. „I daj jej potem, po tej misce z wrzątkiem setkę wódki na wypocenie” – uściśla Stefan.
 
Ale Bratek nie chce, słabnie, palcami od nóg z drugiej strony kołdry macha z dezaprobatą. Skarpetki ma przy tym niebieskie z uskrzydlonymi barankami. Rozwieszam na pineskach, wprost nad łóżkiem choinkowe, niebieskie światełka i zimnym blaskiem odbijanym od białej ściany - staram się zbić gorączkę.
 
– Co zrobimy, Bratku?
Nie umiem odpowiedzieć, gramoli się Kaberek. Mała, kosmata krowa z wąsami. Przywieziony w pudełku po chipsach wprost z „The Confession Box”, irlandzkiej knajpy, gdzie łamie się wszystkie zakazy władz, gdzie faceci z IRA z koką na pięterku obgadują, czy obstawić Purpurową Gwiazdę w jutrzejszej gonitwie. Bratka za samą postawę i coś, co ma w oczach w „Konfesjonale” niezmiernie szanują; szczerbaty Eddie, jubiler Warren z jego suczastą konkubiną, Paul-sutener, grajkowie „na żywo”. Ja o szacunek na razie muszę walczyć na stojąco, domagać się zdjęcia wizerunku Che ze ściany, dopiero potem szefowa Marry podsuwa stołek przy barze, pozwala wejść na pięterko i mówi, że widziała mnie w telewizji w pałacu prezydenckim w Phoenix Park. Jubiler Warren przynosi pewnego wieczora srebrną, niby to celtycką obrączkę z grawerunkami: „Dublin 2005 – 1916”. Słyszę, że za reportaż w gazecie o IRA i o Powstaniu Wielkanocnym.
 
- A tego srebrnego smoka, to już możesz kupić – i pokazuje odlaną przez siebie w tajemnicy przed szefem broszę ze srebra. Kupuję, pakuję, wysyłam Baśce Piki-Riki do Poznania. Po jakimś czasie Bratek dostaje od Warrena taką samą obrączkę, a Dave przynosi w kartonie Kaberka i kilkutygodniowy zwierzak łazi po rozwrzeszczanym barze nocą.
Pakujemy go do kartonu, spadamy.
- No, to teraz mamy przesrane… – mówi Bratek.
Niespecjalnie się wzruszam, bo każdego miesiąca mam przesrane z tym jej cyklem.
Mruczę znad klawiatury.
– No dobra – mówię wreszcie. – Się urodzi, pomyślimy... – dodaję bez wiary w żadne ze swoich słów, ale wiem, że ostatnio sporo latała samolotami. I z mocną pewnością, że w ramach poparcia mojej prośby, by się rozeszło po kościach, żółtych kwiatów przed ołtarz Matki Boskiej Bolesnej kupować raczej nie będę musiał.
 
– Zesssramy się, a nie pomyślimy! Tatuś się odezwał! I dziecku od kołyski będziesz powtarzał, że Tusk to świnia i te twoje kaczki wokoło będą koło łóżeczka kwakać… I tak w kółko… - Bratek chce walczyć.
– A to coś złego? – pytam i się zaciekawiam.
Bratek nie słucha, masuje w stuporze przegub lewej dłoni.
– I jeszcze może ciągle będziemy może dziecku śpiewać, że „Leeeegia to staaaara kurwaaaaaa…?!”.
Po chwili śpiewamy razem. Wyłączamy telefony, włączamy za to niebieską naścienną instalację choinkową-przeciwgrypową, Kaberek się ładuje na łóżko, będzie zabawa…
 
R.12
Na Finglasie do sklepu rzeźnika, wybieram się po golonki. Trzy olbrzymie kawały mięsa z kością po 5 euro za pakiet. Podobno.
– Nie wiedzą, co dobre, sprzedają w cenie rąbanki – informuje wcześniej Dariusz, a że Finglas graniczy z Balymoon i moim Santry, więc jadę. Dariusz zresztą niebawem rzuca pracę i wraca do Katowic, „nie mogę wytrzymać bez przewodnika”, zdradza mi przed wyjazdem. Dariusz jest AA, mieszkamy w jednej chacie przez pół roku, on przeklina pewnego wieczora Irlandię dając mi w kuchni 0.7 jamesona.
 
 
- Weź to, na święta dawali wszystkim pracownikom, co za paranoja… – macha ręką i znika w swoim pokoju męczyć się ze swoją abstynencją, choć każdego ranka tryumfalnie oznajmia zebranym w kuchni: „Dariusza nic nie rusza!”.
Na razie jednak jadę po golonki na Finglas, trafiam do sklepu i rzeczywiście odnajduję te golonki.
„Butcher-Finglas” wmontowany jest w ciąg parterowych sklepików, które wyznaczają w całej Irlandii pojęcie „centrum”. Zakład bukmacherski Paddy Power, fryzjer, spar, apteka, biuro nieruchomości, pub. Czasem ekspozytura Ulster Bank albo AiB. I wystarczy.
 
Z 15-ma kilogramami golonek ruszam na przystanek powrotny. Zamówili. Mijam „Finglas Mayor Pub”, wycofuję się i wchodzę, rzucam torbą z golonkami, zamawiam bulmersa z lodem, bo akurat jestem w fazie fascynacji siderem.
 
Tu spod sufitu, z przyśrubowanego czarnym stelażem telewizora, dobiegają relacje z gonitwy psów, barman wydaje zmiętoloną resztę, trzyletnie dzieci błąkają się po pubie, matki w różowych dresach piją Jamesona, faceci tłoczą się przy barze, światło nie przenika przez okratowane okna, heineken na ścianach zabarwia całość wnętrza na zielono, a powierzchnia podłogi z czarnych desek przypomina o Kleju Konrada. Wrzeszczą umorusane lizakami dzieci, te mniejsze śpią w wózkach, sypią się podarte kupony z Paddy Power, papierosy pali się przed drzwiami kiepy rzucając pod nogi.
 
Czwarty już bulmers przede mną, zamyślam się raz po raz, ale zadyma rodzi się przy barze, ktoś wrzeszczy, golonki moczą się w plastiku pod ławką obitą czerwonym pluszem, konie biegną. Na klejącą podłogę przy barze spada ludzka ręka. Wrzask, ktoś sypie lodem na sikający krwią kikut. Człowiek pada, inny ucieka, zostaje na blacie japoński miecz samuraja. Barman donosi czarny, śmietnikowy worek z lodem, jakaś kobieta łapie za mały palec i wrzuca do wnętrza dłoń, dzieci śpią w wózkach, a żony piją Jamesona zwanego „zdrajcą”, bo po Jamesie zdradza się wszystkie tajemnice.
 
Ktoś dzwoni po Gardę, ten, co padł - leży, ten co uciekł, chowa się gdzieś. Zabieram swoje golonki i sunę pod ścianą. Mijam w drzwiach patrol, jest wszystko na kamerach, coś mówią do mnie, „nicht fersztejen, jugoslawia” – odpowiadam.
Potem w domu Aga płacze, że jeszcze raz wrócili i strzelali w nocy, a rano w The Irish Timesie czytam, że rękę doszyli i że poszło o teściową. Japońskim mieczem zza pazuchy przyszły zięć bronił honoru.
Bulgocze golonka, Dariusz mówi, że trzeba by dokupić jeszcze jeden garnek.
oranje
O mnie oranje

Mieszkańcy Bulandy, jednakowoż, wciąż z niej uciekają. Tak się tam przyzwyczajono do bycia wiecznie dymanym, że zaczęli dymać siebie nawzajem. Opresja przeszła w self-service, jesteśmy pierwszym samouciskowym narodem świata. P. Czerwiński, Przebiegum życiae A chłopaki jak chłopaki. Generalnie nie różnimy się. Ja, emigrant ze swoim odrzuceniem roli emigranta (odrzucam ją od pierwszego dnia tutaj), poruszam się po świecie jak piłkarz, któremu pękła gumka w spodenkach, ale jest dobre podanie, więc zapierdziela się w jej stronę trzymając gacie jedną ręką. Może gola się strzeli jakiego, a gacie się przecież wymieni. Oni w Polsce, w swoich rolach i zawodach, bez obciążenia emigranckiego, w kraju swoim, z językiem swoim i przyjaznym państwem – podobnie. Wolność, pomysły, projekty, działania... - ale też z jedną cały czas, od 20 lat, ręką trzymający galoty projektów, spłacanych kredytów, bezpiecznych i niebezpiecznych związków. Nie ma radości w tej grze, nie ma fascynacji tym sportem jakim jest życie. Nie jesteśmy chyba dziś narodem czerpiącym radość. Nie ma jej na ulicy, w rozmowie, przy grillu czy na zakupach. Żeby radość zresztą czerpać trzeba mieć źródło jakieś. Sign by Danasoft - For Backgrounds and Layouts

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Rozmaitości