Jedną z ulubionych figur przywoływanych przez media „za kaczyzmu” była białoruska forma rządów Łukaszenki. Taki Łukaszenka sam ręcznie sterował państwem, łamał prawo, kneblował media, słowem: dzicz. Od kilku lat koleś jednak jakoś popadł w zapomnienie; wypstrykał się widać z walorów porównawczych.
W zasadzie to, co dzieje się w Polsce, to właśnie screenshot z tamtych publikacji: rząd nawołuje do przestępstwa, rząd uznaje, że prawo może działać wstecz i rząd sam depcze zasadę prawa rzymskiego, że bez złamania prawa nie ma mowy o winie. Premier to mówi do posłów i obywateli.
To wszystko było już wałkowane i nie chce mi się powtarzać, ale zastanawiam się, czy sen spokojny – w obliczu aktywności rządu i wydarzeń dopalaczowych – mają na ten przykład właściciele blacharni, gdzie do użytku doprowadza się bite bryki targane z zachodu. Skąd też teraz taki mechanik jeden z drugim ma się dowiedzieć, że robiąc to, co robi, nie podpada pod kolejną, nadchodzącą akcję rządu?!
Przecież w prasie już na pęczki doniesień: „Złomy na polskich drogach” i kto to wie, kto wie, czy premier osobiście nie zechce uznać pracy mechaników i blacharzy za dokładanie ręki do wypadków drogowych? No – kto zaręczy? Toż to taka samiutka nisza jak dopalaczowcy.
Zaraz, w pięć minut znajdzie się jakiegoś „Króla Szrotu”, opowie o jego dżaguarach i dżakuzi, a gość będzie stękał, że tyle lat było dobrze, a teraz raptem przeszkadza.
O jedno się nie martwię: handlujące czystą prostytucją „agencje towarzyskie” nie podpadną rządowi. Bo te chłopaki od agencji na żartach się nie znają, na konstytucję się nie powołują, prawo stanowią sami sobie, a stosują rzeczywiście białoruskie metody utrzymania interesu.
I tu trafił swój na swego!


Komentarze
Pokaż komentarze (5)