Wiara w dokument jest w Polsce większa niż wiara w człowieka. Obecnie słuszności tej tezy nie dowodzi wprawdzie trójka SS-manów z psem, a jedynie panienki uczące Polaka jak napisać CV i „się dobrze sprzedać”, ale stan wojenny (w sensie tegoż pseudolegalizmu z dokumentami) zastał społeczeństwo lekko tylko rozbrykane. Pokolenia całe oswojone były już z terminem „kenkarta”; czarno-białe seriale podprogowo generowały wiedzę, że dokumenty trzeba ze sobą mieć, bo jak nie...
Od 70 lat z okładem Polak żywi dla swoich papierów wręcz nabożny szacunek, a jak władza powie, żeby zmieniać dowód osobisty na nowy, to nóg mało nie pogubi w drodze do kolejki. - Polacy jak się popiją, to sobie dokumenty pokazują... - zauważał MH i setki razy w barach na świecie widziałem to zjawisko nigdy zresztą nie ulegając imperatywowi. Być może zresztą, że jest to jedyna funkcja dowodów osobistych, które do niczego, ale to absolutnie do niczego Polakowi nie są potrzebne i – jak dotychczas – żadna władza jasno nie nakazała ich posiadania. Pieniądze w błoto i tyle, ale nie moja rzecz, co kto i po co w portfelu trzymać lubi.
Oriana Fallaci (ale nie ona jedna, bo np. w „Incepcji” też jest taka scena z DiCaprio), przywołuje w którejś ze swoich książek moment odprawy paszportowej podczas wjazdu do Stanów. - Witaj w domu! - ma zwracać się do każdego Amerykanina ten umundurowany (uśmiechnięty i zazwyczaj czarnoskóry) cerber na bramce. Nie wiem, czy jest tak rzeczywiście, ale klimat taki podoba mi się.
Nigdy mi się nie zdarzyło, by w ten sposób powitały mnie stosowne służby strzegące granic PRL i później – RP. Do dzisiaj za to nie opuszcza mnie taka lekka panika, gdy ten gość w budce skanuje mi paszport i podnosi wzrok porównując zdjęcie z moją paszczą. A całkiem niedawno na lotnichu w Goleniowie, już po zeskanowaniu paszportu jeden z tych kolesi pyknął leniwie paszportem w swoją lewą, otwartą dłoń i zupełnie poważnie zapytał: „Nic pan nie przeskrobał?!”. Odparłem, że jakbym przeskrobał, to bym w tej jego budzie siedział zamiast niego i tak się skończyła wymiana uprzejmości.
W Polsce naprawdę wciąż masz człowieku poczucie, że cię albo wpuszczają, albo wypuszczają z jakiegoś baraku.
System represyjny ma się więc całkiem nieźle, bo i ja wciąż podlegle się czuję pokazując komuś dokumenty jak i sprawdzacz dokumentów czuje się o tyleż samo zwierzchniej. Postawę tę widzimy doskonale w „Życiu wewnętrznym” Koterskiego - genialnie milicjanta sprawdzającego dokumenty „obywatelowi” zagrał tam aktor Marek Probosz. To pozostało nam do dzisiaj. No dobra: pozostało każdemu sprawdzaczowi i co drugiemu ze sprawdzanych.
Stan wojenny przyspawał Polaków do dokumentów na całe kolejne pokolenia. Świat rządzony regułą: „Niet bumagi – niet cziełowieka” ma się dobrze i niech przeklęte będzie każde zdarzenie polityczne, które przyucza człowieka, że „dokumenty zawsze lepiej mieć przy sobie na wszelki wypadek”. To marzenie tych, którzy lubią sprawdzać innych. Z ich wolą lub bez niej. Bez niej nawet przyjemniej!
Welcome home!


Komentarze
Pokaż komentarze (37)