Wszystkich zainteresowanych losem Johnny’ego spieszę poinformować, że nie dość, że wrócił na luzie, to jeszcze wrócił z Charlie’m. Wstawił przy okazji jakiegoś poćwiartowanego kangura do dochówki czyli piekarnika i siedzi z Charlie’m na kolanach oglądając mało wiele w TV. Mruknął kilka razy z zawstydzonym nieco uśmiechem: „fuk, fuk, fuk” i powiedział, że dryndnąłby do tego detektywa, co to mu numer wczoraj o poranku zostawił, ale na komórce nie ma załadowania. Jakoś nie śmiałem mu zaproponować swojej.
Sprawa jest zatem rozwojowa jak najbardziej, a przy okazji gorącowojenny luz rozpychający ściany w naszej chacie na Clonsilli jest tak ujmujący, tak wakacyjny i wreszcie – tak irlandzki, że nic, tylko polewać Jamesa i filować na deszcz, który nie omieszkuje. Deszcz napierdziela, sąsiadka wywiesiła rano pranie i poszła do Salmons’a. Niechta się suszy.
Tymczasem dostałem fotki, których zapomniałem ostatnio w Polsce: w związku z absolutnie totalnym remontem naszej chaty (tzw. Ziemie Odzyskane) wywleczona na podwórko została również z piwnicznej pralni wanna żeliwna. Tkwiła tam od zawsze, za całego mojego życia i Ojciec pytany o jej losy rzekł był, że prawdopodobnie przedwojenna. Służyła głównie do płukania prania w czasach pralek Frania, zresztą nigdy się w niej nie pławiłem. Chyba.
Fachowcy od pieca i instalacji CO akurat siedzący na przerwie zauważyli patrząc na nią, że „to dziura po przestrzelinie”. Słowem, że ktoś w tej wannie został zastrzelony. I rzeczywiście, badania powołanej od razu eksperckiej komisji fachowców wskazały, że to wlot kuli karabinowej, choć część komisji obstawała, że jednak wylot. Wlot czy wylot, jasnym stały się dziwne odgłosy, które po nocach przez te wszystkie lata do mnie na poddaszu dochodziły, człapania, skrobania pazurami psimi o schody i drzwi, a w okresie największego natężenia: bezczelne trzaskanie wieszakami w mojej własnej szafie nieopodal łóżka.
Co przyznam, że zazwyczaj nieco przeszkadzało mi spać, ale nie skłaniało do wyprowadzki. Któregoś roku księdza „po kolędzie” poprosiłem o stosowne zabiegi „na górze”, wszedł, pomodlił się, H2O+ pokropił i trochę ustało.
I tak powolutku leci, termin śmignięcia ponownego do PL się zbliża, ale nie wiadomo, czy mój wierny zmywak pozwoli, bo – jako się pisało wcześniej – roboty się narobiło tyle, jakby się wszyscy wokoło wściekli i z tą wścieklizną nic, tylko do mnie. Pogoda niech się w Polsce zrobi tylko, bo lecieć z Irlandii do Irlandii to bez sensu. Co myślicie o tej dziurze w wannie? Przestrzelina?



Komentarze
Pokaż komentarze (42)