Zmartwiłem się, kiedy Marc powiedział: „Nie graj, jak nie potrafisz” i zmartwienie było potrójnie ciężkie. Raz, że przy świętej niedzieli powiedział, dwa, że trochę cudowałem, a trzy – miał rację. Nie wspominam już o tym, że graliśmy dwa razy o pięć euro. Ale: od początku.
Jest tak, że Clonsilla to „nie bardzo podłe miasto” Ot - dzielnica Dublina. Bez żebraków na trotuarach, narkomanów, murzynów, nocnych krzyków. Piętrowe szeregowce, dym z kominów się snuje, dzieci małoletnie biegają całymi dniami po ulicy wiedząc, że nic ich nie rozjedzie, bo w obrębie naszych wewnątrzosiedlowych jezdni samochody jeżdżą góra 20km/h. Wiecie – miejsce, gdzie uśmiechem zza płota, albo wręcz na chodniku pozdrawia się nieznajomych. Miejsce, gdzie wyjście po gazetę może potrwać 4 godziny.
Kościół jest pod bokiem, ale – jak dla mnie – to dość spora męka. Pół biedy liturgia, ale weź się człowieku skup na „słowie pasterskim” irlandzkiego księdza. Udział we mszy to powinno być bujanie pod sufitem kościoła, we własnym słownictwie się pławienie, poczucie więzi, a nie galopada myśli, aby nadążyć za księdzem. Kto zresztą słyszał kiedykolwiek irlandzkiego księdza albo taksówkarza – wie o czym mówię.
Obok kościoła – Salmonsik. Wierni do Salmonsika, wierne – do chaty. A huczy w Salmonsiee, a buzuje, tu konie się ścigają, tu meczyk jakiś, bilardy, jak miło wiedzieć, że się jest po kościele, że święta niedziela, że można z czystym sumieniem zamówić szklaneczkę. Nie było w planie Salmonsa, ale fajki trzeba było kupić. Dołączam do pielgrzymki. Bez zamawiania dostaję na blat australijskiego Fostera, tak mnie kurde pamiętają, te ćmiki zamawiam, huczy w knajpie.
Toczy się Marc. To mój Landlord czyli właściciel chaty, w której mieszkam. Jest problem – mówi i tłumaczy, że znowu się pokłócił z żoną i ona go na pysk z domu wyrzuciła. Dołącza jakiś koleś, Derek, się okazuje, pić muszą od rana, Marc mnie wyzywa na bilard, pięć euro od każdego z nas ląduje na parapeciku, Marc zostawia mnie raz z trzema, a raz z dwoma. A ten Derek, że właśnie się wybiera latem do Polski na Euro.
I że już zamówił lot do Amsterdamu, ale to cholernie drogo, tam campera wynająć zamierza, samochód-sypialnię znaczy się, 2 tys euro samego depozytu, co poradzić? – Binio cię przyjmie, bo normalnie rodzinę wygania na całe lato do Stefana, hacjenda jest w Poznaniu, a ilu was jest? – pytam. – Zależy ile Binio chce kasy… – mówi rozsądnie ten Derek. – Bo czytałem, że najtańszy nocleg w sharingu w Poznaniu to 200 euro na łeb za nocleg… - Zwariowałeś! – odpowiadam.
Derek jeszcze pytał, czy Binio do kościoła chodzi. Potwierdzam. A on: - Wiesz, jednak wolę pijaków po kościele, niż trzeźwych przed... - tak powiedział niby bez związku, ale sobie zapamiętałem.
Namówiliśmy się na jutro, Derek jeszcze pytał czy lepiej się w Berlinie zaopatrzyć w piwo, żeby nie zabrakło w Polsce, czy to prawda, że Polacy w Polsce zawsze chodzą w kapeluszach (???).
Binio będzie miał zajęcie!




Komentarze
Pokaż komentarze (1)