Wyczytałem ostatnio, że tzw. krokodyl różańcowy, największy żyjący współcześnie gad, jest oceniany jako najuczciwsze (jeśli tę miarę możemy zastosować) zwierzę na tym padole. Otóż nasz zwierzak ma tylko jedno pragnienie: „zabić”. Zauważmy, że w jego filozofii nie ma: „…i zeżreć”. Jest tylko: „zabić”. Jest to – przyznajmy – uczciwe postawienie sprawy z jego strony.
No tak, no tak, ktoś mi tu powie, ale gdzie północna Australia i gady tam żerujące, a gdzie Polska? Spieszę z wyjaśnieniem. O tym różańcowym pomyślałem sobie jesienią nad jeziorem w Zachodniopomorskiem, gdzie wybrałem się na okonia z panem Jankiem, niemożliwym zresztą politycznym gadułą o odchyleniu prawicowym.
Gadanie pana Janka jest nieprzyswajalne, ten akurat człowiek nie słucha nikogo poza sobą, a po wtóre, w naszym powiatowym miasteczku zdołał już optować za Kaczyńskim, potem Poncyliuszem, potem Ziobrą, nie zdziwię się podczas nadchodzącej wizyty, kiedy pan Janek mi powie, że jest zwolennikiem Kaczyńskiego od nowa. On ich pożera jak ten różańcowy, ale dlaczego akurat nie pożera całej bandy zdeklarowanych komuchów – tego nie wiem.
Kiedyś pan Janek z satysfakcją opowiedział mi historyjkę, jak to w latach 70-tych jego córka chodziła do podstawówki i tam jakaś pani nakazała tej córce nauczyć się wierszyka na pamięć na apel o tym, że socjalistyczna Polska i coś tam jeszcze. No i pan Janek (relacjonuje mi to w grudniu roku 2011) „wkurwiłem się” – rzekł – i poszedł prosto do Komitetu Powiatowego PZPR w naszym mieście i im powiedział, że sobie nie życzy inwigilacji własnego dziecka.
Pan Janek jest ode mnie znacząco starszy, ale jesteśmy po imieniu. – Do partii poszedłeś walczyć z partią?! – zaśmiałem się pogardliwie. A on, dawaj, mi tłumaczyć, że jakby poszedł do Kuratorium, to by go olali, bo Kuratorium było podległe Partii, a jak poszedł do Partii, to córkę od ręki zwolnili z apelu. I takie to zwycięstwo pana Janka.
Stoję na mostku, pan Janek na szczęście na sąsiednim, bo gęba mu się nawet na rybach się nie zamyka. Pyk, widzę, jest branie, wyczekuję, raz-dwa-trzy, zacinam, spokojnie holuję, ale sam nie mam pewności czy to mój żywiec nielegalny zdaje się taki opór czyni czy też rzeczywiście coś wzięło. Wyciągam okonia, lekko większy niż dłoń, wyciągam tego żywca z paszczy. Haczyk w środku, też wyciągam, aż tu wyskakuje z paszczy: wcześniej zeżarta rybka.
Jeszcze niestrawiona, bladziutka, ale już odbarwiona, flaczek w trakcie trawienia, bo już łusek nie widać, jednakże zapychająca mojego okonia prawie po grdykę czyli skrzela. Napchany sukinsyn, ale wziął i się połaszczył jeszcze na kolejną rybkę na haczyku. - Jak ten różańcowy – pomyślałem. Żerował na swoim terytorium, proste, „zabić i nawet się potem zadławić”!
Politycy: krokodyle różańcowe. Dziennikarze: okonie zadławione. Blogerzy: żywczyki „na przynętę”. Wszyscy żerują "na swoim". A pan Janek stoi na mostku i opowiada jak poszedł do PZPR dziecko ratować przed inwigilacją.
PS. Na żywczyka stosowałem małe okonki, bo duże okonie nie mają zahamowań! (dzięki Kisiel).




Komentarze
Pokaż komentarze (7)