Od sierpnia 1980 roku minęło ponad 26 lat. Miałem wtedy 31 lat, byłem młody i naiwny a energia mnie rozpierała. Miałem młodą żonę, dwoje małych dzieci i właśnie dostaliśmy ze spółdzielni mieszkaniowej tzw. mieszkanie „zastępcze" czyli pokój ze „ślepą" kuchnią i łazienką i jak dla nas to była wtedy pełnia szczęścia. No i przecież tak niedawno Karol Wojtyła został papieżem! I mogę z ręką na sercu powiedzieć, że dla mnie to były najszczęśliwsze lata mojego życia. Trudno się dziwić, przecież były to czasy mojej młodości.
Gdy rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej, byliśmy na rodzinnych wczasach w Karkonoszach, ale co wtedy mogliśmy się dowiedzieć z telewizji czy prasy?. Gdy udało mi się złapać w radio Wolną Europę, to myślałem, że śnię. A gdy wróciłem z tych wczasów do pracy, to tam już wrzało. Nawet pojechało od nas do Gdańska kilku delegatów i potem przez cały rok 81 ktoś tam okresowo jeździł.
Wtedy panowała ogólna radość i euforia, że mamy „Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność", chociaż nikt dokładnie nie wiedział, co z tego wynika. Bo dla wielu to było bardzo dużo, a dla niektórych to była tylko śmieszna atrapa wolności. Ale chyba wszyscy czuli, że dzieje się coś niezwykłego, coś, co nagle zaczęło dawać nadzieję, że przecież może być inaczej. Bo przed sierpniem 80 roku chyba nikt na trzeźwo nie wierzył, że ten chory ustrój może się kiedyś skończyć.
I wtedy do Solidarności to się nawet zapisał I sekretarz POP PZPR, bardzo mądrze tłumacząc: wiecie, ja jestem jak ta rzodkiewka, czerwony tylko z wierzchu...
I potem nastał rok 1981. Rok zażartych dyskusji, najpierw nieśmiałych, a potem coraz odważniejszych artykułów w Gazecie Krakowskiej Macieja Szumowskiego. Wtedy właśnie Gazeta Krakowska, z czerwonego szmatławca, przekształciła się w prawdziwą Jaskółkę Wolności i stała się sławna w całej Polsce!.
W krakowskich kościołach zaczęto śpiewać „ Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie" I tak już potem śpiewano przez cały stan wojenny...
Pamiętam, jak jesienią 81 roku jechaliśmy pociągiem z kolegą na delegację do Warszawy i jak byliśmy wtedy dumni z tych naszych znaczków Solidarności w klapach marynarek. Ale pamiętam też spojrzenia niektórych ludzi, którzy na te znaczki patrzyli ze strachem a może nawet z obrzydzeniem. Bo zwykli ludzie bali się zmian, przeszkadzały im te ciągłe pogotowia strajkowe i chcieli wreszcie spokoju.
A kiedy 13 grudnia generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny, to Ci, co jeździli do Gdańska, zostali internowani. A ci, co na nasze znaczki Solidarności patrzyli z wrogością, mogli nareszcie spokojnie odetchnąć.
W poniedziałek 14 grudnia 1981, ucałowałem żonę i dzieci i pojechałem do pracy, gdzie odbyło się zebranie, na którym podjęliśmy decyzję o strajku protestacyjnym. Każdy mógł jeszcze pożegnać się z rodziną a potem miał wracał na strajk. Zdążyłem jeszcze pożegnać się z moją mamą, która mieszkała w innej dzielnicy, a potem wpadłem do sklepiku, aby kupić coś do jedzenia. I tam spotkałem mojego starego kolegę, jeszcze ze średniej szkoły, a nie widziałem go chyba z 10 lat.
Mówię mu: zaraz idę na strajk, a on mi: chyba żartujesz, czyś ty zgłupiał!?
No i strajk okupacyjny się zaczął. Opaski na rękawach, dyżury, jak zwykle. Przez cały dzień nic się nie działo, spokój i cisza. Około 1 w nocy zaczęło się. Nie wiadomo, kiedy się pojawili. Obserwowaliśmy ich z okna. Było ich wielu, ustawili się tyralierą po przeciwnej stronie ogrodzenia i czekali. Na głowach hełmy, połyskujące złowieszczo w świetle latarni. I najbardziej mnie wtedy przeraziły te połyskujące hełmy...
I nagle ruszyli. Wszyscy, w tym samym momencie, przeskoczyli przez ogrodzenie i otoczyli cały zakład.
A dalej poszło jak w złym śnie. Palimy w umywalce jakieś papiery, otwierają się drzwi, milicjant, proszę opuścić pomieszczenie, spisywanie dokumentów, nerwowa cisza, znowu spisywanie, jeszcze bardziej nerwowa cisza, ktoś zasłabł, wyprowadzają jednego, drugiego, następnych, reszta do domu, ale nie śpijcie spokojnie, możemy przyjść po was nocą, a jutro wszyscy do pracy. Wyznaczają komisarza, „opiekuna" zakładu. Wracam do domu na piechotę jakieś dwa kilometry, mróz szczypie w policzki, przede mną wyrasta nagle trzech żołnierzy uzbrojonych po zęby. Dokumenty! Co wy tu robicie? Przecież jest godzina policyjna! Wracam właśnie z rozbitego strajku, niedowierzanie w oczach, no dobra, uciekaj, byle szybko!. Jestem już w domu, jest 3 nad ranem.
No i potem stan wojenny, procesy moich kolegów, wezwania, przesłuchania na Mogilskiej w Krakowie. Pomagamy żonom internowanych kolegów, żony mówią we łzach, mamy podsłuch w domu, rozmawiamy w łazience, woda leje się do wanny, to dobrze, bo szumi i zagłusza podsłuch. Patriotyczne msze w kościołach, nielegalne kolportowanie bibuły, zakazanych książek, Radio Solidarność, kartki na wszystko. Wzajemne podejrzenia. Ktoś puszcza plotki, że ten to agent a tamten to się sprzedał, a ten, co zbiera składki na podziemną Solidarność, to je pewnie kradnie. Sekretarz POP już zapomniał o Solidarności, protesty na ulicach, polewanie wodą, pałowanie. Kartki na cukier, ocet w sklepach, nagie haki. W telewizji niemiecki policjant zajada banana, moje dzieci pytają, co ten pan je, to banan, mówię, taki egzotyczny owoc, O! Egzotyczny to pewnie dobry, kupisz nam tatusiu? Tak, na pewno kupię, mówię ze ściśniętym gardłem, na pewno kupię...
I potem ponure lata osiemdziesiąte, lata dla wielu zmarnowane, lata poniewierki po świecie dla tych, których stan wojenny zastał poza granicami. Lata okaleczonej młodości i dzieciństwa dla wielu.
I jednocześnie lata umacniania się na swoich pozycjach czerwonego establishmentu, lata, w których przygotowywano wielki skok na kasę, zawłaszczenie państwa polskiego, co nastąpiło po roku 1989, kosztem milionów Polaków oszukanych i okłamanych w majestacie prawa, skazanych na bezrobocie i poniżenie. A wszystko pod szczytnymi hasłami, które zaczęły kiełkować w sierpniu 1980 roku, a które zostały splugawione przez kolejne rządy mędrców o socjalistycznym rodowodzie.
I jakże smutny jest dzisiaj widok człowieka legendy, jakim dla wielu był lub jest jeszcze Lech Wałęsa, który pogrąża się coraz bardziej w bagnie własnej pychy i samouwielbienia.
I gdy dzisiaj słyszę głosy młodych ludzi, że „czas zakopać tego trupa Solidarności" to ja chyba rozumiem, dlaczego tak myślą. Rozumiem, chociaż przepełnia mnie gorycz, bo dla mnie Solidarność to było coś o wiele więcej niż okazja do wskoczenia na ministerialny albo poselski fotel, z czego skorzystało skwapliwie wielu cwaniaków. No i wiemy, czym to się skończyło i dlaczego pojęcie „Solidarność" z roku na rok ulegało dewaluacji.
Dla mnie SOLIDARNOŚĆ to był przede wszystkim wielki i autentyczny ruch społeczny z roku 1981 i z lat stanu wojennego, który łączył Polaków w próbach odzyskania wolności i naprawy Państwa. Sam się czuję maleńką cegiełką tego wspólnego trudu, który przyczynił się w końcu do zmiany Polski i czuję się źle, jak mnie żywcem młodzi gniewni chcą zakopać do grobu.
Zależy mi bardzo, aby moje dzieci i wnuki mieszkały w sprawiedliwym, uczciwym i przyjaznym dla obywateli Państwie, w którym urzędnik i minister jest autentycznym sługą obywatela, a nie skorumpowanym, bezdusznym i cynicznym narzędziem zniewolenia człowieka przez zbiurokratyzowany twór, jakim jest od wielu lat Państwo Polskie.
I coraz częściej zadaję sobie pytanie: Czy da się wytłumaczyć młodym, że mają Ojczyznę kochać i szanować, gdy Państwo swoich obywateli szanować nie ma zamiaru?
Czyżby z mojej SOLIDARNOŚCI przetrwała tylko gorycz?



Komentarze
Pokaż komentarze (23)