22 obserwujących
413 notek
216k odsłon
  918   3

Czy istnieje amerykański plan imperialny?

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku rozmawiałem na ten temat z ówczesnym ambasadorem amerykańskim Reyem to był w stanie powiedzieć tylko, że celem Polski jest NATO i UE, wyrażając przy tym obawy czy Polska będzie płacić składki NATO. Nie kryłem swego oburzenia takim postawieniem sprawy, przypominając, że to nie my zawiedliśmy w sojuszu. Rey z lekka się stropił, ale przeprosił, wyrażając zrozumienie dla takiej oceny. Podobno jednak wyraził wobec kierownictwa AWS zastrzeżenia co do mojej osoby, co dało się wyraźnie odczuć w dalszym rozwoju sytuacji.

Trzeba pamiętać, że był on ambasadorem ze strony najgorszej administracji amerykańskiej Clintona, a raczej Clintonów, lub Clintonowej, uznającej za swych pełnomocników w Polsce Kwaśniewskiego i Geremka i podtrzymującej wiodącą rolę Niemiec. Praktycznie do czasów Trumpa niewiele się w tym na korzyść Polski zmieniło. Przegrana republikańskiego prezydenta ujawniła objawy wycofywania się z zaledwie zarysowującego się programu zmian w amerykańskich stosunkach z Europą.

Nie mamy zatem do czynienia z istnieniem stałego programu „Pax Americana”, a jedynie z kolejnymi próbami realizacji cząstkowych zmian w zależności od aktualnej władzy demokratów, lub republikanów.

Dotyczy to szczególnie Europy, w której nie mogą sobie poradzić z oczywistą zdradą ze strony Niemiec.

W tych warunkach podjęcie się roli amerykańskiego sojusznika przez kraje europejskie stanowi znaczne ryzyko, ale też, jak wykazuje doświadczenie ostatnich trzydziestu lat, podporządkowanie się rządzącemu w Europie układowi niemiecko-rosyjskiemu nie dawało pozytywnych rezultatów. Cokolwiek byśmy nie powiedzieli na temat rządów demonstrujących sprzeciw w stosunku do tego układu, to jednak istnieją wyraźne dowody na korzyści płynące z tej postawy.

Nie jest to jeszcze sytuacja państwa niepodległego, ale przynajmniej bardziej starającego się o interesy własne aniżeli przypodobanie się władcom, co cechowało wieloletnie rządy, nie tylko „platformy”.

Największym obciążeniem amerykańskiej obecności w Europie jest lokalizacja centrum ich pozycji militarnej i politycznej w Niemczech. Było to wymuszone obecnością sowieckich dywizji na granicy RFN, dziś już tego nie ma i utrzymywanie się w kraju najwyraźniej nieprzyjaznym traci sens.

Oczywiście krajem najbardziej nadającym się do tego celu jest Polska, ale nawet Trump nie zdobył się chociażby na częściowe przeniesienie amerykańskiej kwatery do Polski. Jak na razie obdarzono nas czasową siedzibą dowództwa korpusu.

Pomijając względy militarne i polityczne, koszty stacjonowania amerykańskich sił w Polsce są znacznie niższe. W zeszłym roku Amerykanie zapłacili za stacjonowanie w Niemczech ponad 8 mld dolarów, podczas gdy Niemcy w ciągu dziesięciu lat wydały na ten cel zaledwie 1 mld. czyli średnio 100 mln rocznie.

Cała ta sytuacja jest wynikiem zwykłego strachu przed narażaniem się Rosji na skutek zbliżenia do niej amerykańskich wojsk, a tak pozostaje niezmienione wrażenie obrony na granicy Niemiec z możliwością powstrzymywania tempa rosyjskiego marszu na terenie Polski i innych krajów dawnego sowieckiego obozu.

Tak „bojowo” nastawionego sojusznika tylko pogratulować.

Na całe dla nas szczęście do powstania takiej sytuacji potrzebny jest drobiazg w postaci rosyjskiego zwycięstwa na Ukrainie, a na to, przynajmniej zbyt szybko, się nie zanosi.

Nie można jednak ulec złudzeniu, że Rosja dostatecznie obnażyła swoją słabość w tej wojnie i że już przestała być groźna. Jest to podobna omyłka jak ocena Hitlera sowieckich możliwości militarnych na podstawie doświadczeń z wojny fińskiej.

Niezależnie od tych wszystkich i wielu nie wymienionych zastrzeżeń, wielkiego wyboru to my nie mamy, możemy bowiem należeć do „wschodu”, który nas weźmie chętnie, lub „zachodu”, nie bardzo chętnego.

Możemy jednak pokusić się o stworzenie odrębnego, niezależnego bloku. Mamy w tym względzie wielkie zaległości, ale też i wzrost nadziei po całkiem możliwej porażce Rosji na Ukrainie.

Wymaga to jednak ogromnego wysiłku, przed którym chcą nas bronić obustronni „opozycjoniści”.

Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka