0 obserwujących
27 notek
35k odsłon
  294   0

Morawiecki: Byliśmy niekontrolowalni cz.1

 

My też chcemy zmian. Aresztowaliśmy waszego przywódcę, ale możecie wydawać dalej gazetki. Przymkniemy na to oczy. A nawet będziemy w tym pomagać. Chcemy tylko, żebyście w tym waszym programie zrezygnowali z punktów, w których piszecie, że nie będziecie z nami rozmawiać i że chcecie upadku komunizmu w Związku Sowieckim. A że komunizm skończy się w Polsce? Dobrze. My też jesteśmy za tym, żeby ewolucyjnie się skończył”, usłyszał od SB jeden z działaczy Solidarności Walczącej po aresztowaniu Kornela Morawieckiego. W dwudziestą rocznicę wyborów 4 czerwca publikujemy fragment rozmowy  Łukasza Medekszy z legendarnym przywódcą SW

Łukasz Medeksza: W dokumencie „Głową mur przebijesz” opowiadającym o Solidarności Walczącej pewien naukowiec porównuje jej strukturę do fraktala.

Kornel Morawiecki: To prof. Andrzej Kisielewicz. Matematyk. Przez dłuższy czas wraz z żoną redagował pismo „Solidarność Walcząca”. Ale mi osobiście najbardziej odpowiada analogia, którą zaproponował jeden z założycieli SW Andrzej Myc. Biochemik. Mówi, że struktura SW była jak glon, który rośnie tam, gdzie może. Na pewno w tych wszystkich efektownych porównaniach jest pewna przesada. Ale nie byliśmy organizacją spionowaną, gdzie jest podległość, szczeble i drzewko zależności.

W SW było chyba pewne napięcie pomiędzy zasadą hierarchiczności a ową fraktaloidalnością, prawda?

- W takiej podziemnej organizacji największą motywację do działania dają założone cele. Ważna jest też identyfikacja ze strukturą, zaufanie i przyjacielskie stosunki z kolegami, którzy robią podobne rzeczy. Element formalnego podporządkowania jest drugorzędny. Przecież gdy byłem przewodniczącym SW, jeden z członków naszej Rady [najważniejszy organ SW – red.], Władek Sidorowicz, powiedział któregoś dnia, że nie chce w niej zasiadać, bo uważa, że nasze metody są nieskuteczne. I po prostu zrezygnował. Każdy miał do tego prawo.

Liczył się cel, a nie forma działania.

- Nie mogłem mu nakazać, żeby nadal uczestniczył w Radzie. Bo to nie była wojskowa struktura. Mimo że on złożył przysięgę! Ale powiedział, że będzie realizował ją w sobie właściwy sposób. I nie mam do niego żadnych pretensji, że zrezygnował. Z drugiej strony, dwaj moi ważni współpracownicy – Andrzej Zarach, który jest teraz w USA i Wojtek Myślecki – doprowadzili do tego, że po dwóch latach istnienia SW, obok Rady powstał Komitet Wykonawczy.

Czyli zarząd organizacji.

- Rada miała być ciałem „uchwałodawczym” i wytyczać kierunki działania. A Komitet miał na bieżąco kierować organizacją. Oni chcieli, żeby SW była bardziej spionowana. Natomiast ja i inni moi koledzy byliśmy raczej za decentralizmem, za pewną dowolnością w zarządzaniu. Za kierowaniem organizacją w oparciu o zasadę autorytetu. Gdy się go ma, to się innych dopinguje do działania. Gdy się go nie ma, to nic się nie wymusi. (...)W podziemiu nie możesz wydać nikomu rozkazu. Bo co zrobisz, gdy ktoś ci powie, że czegoś nie zrobi? Że np. nie będzie drukował? Albo że jest chory? Nic nie zrobisz! (...)- Ale to też nie jest tak, że SW nie miała wiążących struktur. Takim symbolicznym, bardzo mocnym ogniwem była przysięga. Ale i ona nie była obligatoryjna. Nawet wśród tych jedenastu osób, które zakładały SW był człowiek, który nie chciał złożyć całej przysięgi – i nie złożył. A mimo to był w Radzie. Oczywiście, przysięga nie była proponowana od razu, gdy ktoś przyszedł do organizacji. Trzeba było do niej dojrzeć. Musieli ją odbierać dwaj zaprzysiężeni członkowie SW. Ale też nie było to ewidencjonowane. Nikt nie pytał się, czy może kogoś zaprzysiąc (...) 

W ten sposób rósł mit organizacji, która jest gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie.

- I nie wiadomo dlaczego.

Taka niewidzialna ręka.

- Esbecy myśleli, że gdy uderzą w kierownictwo, to organizacja się rozsypie. Były dwa takie wielkie uderzenia. Pierwsze – to aresztowanie Kazimierza Klementowskiego, który zaczął sypać [wpadł w 1983 r. – red.]. I wsypał mnóstwo ludzi. Choć nie mówił esbecji wszystkiego, co wiedział. Czynnikiem porządkującym naszą działalność było regularne wydawanie prasy, naszej gazetki, „Solidarności Walczącej”. Wychodziła co tydzień. To świadczyło o jej istnieniu. I mimo wpadki Klementowskiego wydawanie gazetki nie zostało przerwane. Choć oczywiście zostało osłabione.

Glon odrodził się.

- Część glona została zjedzona, zniszczona, ale on odrodził się w różnych miejscach. Inną strukturą porządkującą byłem ja. Facet, który się ukrywa, przewodniczący.

Powstał mit silnego przywódcy.

- Koledzy wiedzieli, że nie jestem taki silny (śmiech). Ale mit funkcjonował. Moje ukrywanie się było bardzo ważne. Gdy wpadłem [w 1987 r. – red.], miałem do siebie ogromne pretensje. To było drugie wielkie uderzenie esbecji. Po tej wpadce moi koledzy przyszli do mieszkania, w którym się wcześniej ukrywałem i zniszczyli zapisy naszych nasłuchów [SW podsłuchiwała i zapisywała rozmowy prowadzone drogą radiową przez milicję i SB – red.]. Myśleli, że – no nie wiem – mam przy sobie jakieś notatki o tym mieszkaniu, więc esbecja do niego trafi.

Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale