Nie mogę zrozumieć, co odbija kobietom typu minister Fedak,czy profesor Środa. Chcą one przerobić kobiety z kobiet na maszynki do pracy. Twierdzą, że najwyższym celem, dobrodziejstwem i szczęściem każdej kobiety musi być praca i robienie kariery. Kim one są, żeby narzucać kobietom co mają robić? Nie rozumiem już tego, dlaczego kobiety tak pchają się do pracy, a już tym bardziej tego, czemu są do niej wpychane - słowem i przykładem oraz złym prawem? Czy feministkom tak bardoz zależy na tym, żeby w Polsce, na świecie nie rodziły się już dzieci i żeby za jakieś 100 lat ludzkość wymarła? Czy tak bardzo im zależy, aby, jeżeli kobiety by jednak nadal rodziły dzieci (przerywając karierę na kilka lat), dzieci nie miały dobrego kontaktu ze swoimi matkami? Te babska chcą doprowadzić do powstania cywilizacji zaślepionych dążeniem do kariery ludzi (kobiet i mężczyzn), którzy na każdego człowieka będą patrzyli jak na potencjalną przeszkodę w drodze do sukcesu, którą najlepiej byłoby usunąć. W internecie natrafiłem też na opinię, że feministki błędnie uważają, że to tylko kobiety - żony dbają o dom, a przecież tak na prawdę pomagają im także i dzieci i mężowie. Ja ze swojej strony mogę dodać, że jeżeli teog (pomocy) nie ma, to coś jest nie tak, ale nie można wtedy kobiet wypychać z domu, do pracy, ale promować podział obowiązków domowych.
Stoi przed nami widmo kryzysu demograficznego i emerytalnego. Oczywiście, można to załatwić drastycznie i niemoralnie - poprzez rozbijanie rodzin, podjudzanie "wyścigu szczurów" i eutanazję, ale nie tędy droga. Trzeba wesprzeć rodziny. Trzeba wesprzeć kobiety w ich opiekowaniu się domem oraz rodzeniu i wychowywaniu dzieci. Trzeba podkreślić ogromną wartość kobiety, dzięki temu, że to przez to, co robią "kury domowe", nasza cywilizacja jeszcze nie runęła na łeb, na szyję. Ale katastrofa obecnej cywilizacji nie oznaczałaby, jak myślą naiwnie feministki, powstania nowej, lepszej, ale ostateczną katastrofę i koniec ludzkości.
Musimy więc wybrać, co chcemy dla ludzkości - rozwój, czy katastrofę? Patrząc po obecnym świecie jestem przekonany, że świat wyboerze... katastrofę. Mógłbym, tak jak kolega ministra Rostowskiego łatwić sobie "zieloną kartę" do USA, ale ona by mnie nie uchroniła od globalnej katastrofy. Jednak, jako katolik mam już "zieloną kartę" - do Nieba. A kiedy już będę patrzył na wszystkie te wojujące feministki z góry, odetchnę z ulgą, że to wszystko tak dobrze się skończyło.


Komentarze
Pokaż komentarze