Paweł Burdzy Paweł Burdzy
63
BLOG

Moja wigilijna op

Paweł Burdzy Paweł Burdzy Rozmaitości Obserwuj notkę 5
Został po nim smród. Niemytego ciała, pewnie od tygodni. Strupy na twarzy, sztywne z brudu ubranie. Nurek z Centralnego. Bliźni.
 
Mijesce akcji: Złote Tarasy w Warszawie. Kto nie wie - jedno z najbardziej szykownych miejsc w stolicy. Lans pełną gębą. A właściwie parking publiczny tuż obok. Sklep otwierali za godzinę, więc trzeba było czekać. A na dworze zimno. On wskazał grzecznie miejsce parkingowe, więc zamiast wrzucić do parkometru, dałem mu garść monet groszowych. Miał popilnować moje przechodzone volvo. Dil był taki: widzi strażników, wykupuje bilecik i wkłada jak należy za szybę. Jak nie będzie "żółtych kubraczków", przejmuje kasę.
 
 – Panie prezesie. Popilnuję jak swoje. Mnie nawet mercedesa zostawia taki jeden tutaj, kluczyki daje rano… -mówił coś ściskając moniaki. "Ble, ble, ble, srali muszki będzie wiosna" myślała moja głowa, kiedy usta niemal przepraszająco:
- Mam... tylko tyle, ze dwa złote będzie - Fakt. W portfelu sam plastyk.
- Prezesie, nie masz więcej? Jedno piwo, dwa i pół złotego- On. Już nieco bezczelniej.
Machnąłem tylko ręką. Volvo zostało otwarte, na wypadek strażników.
 
Wykorzystał. Usiadł. Nawet papierosa palił - przy drzwiach otwartych, przyznać trzeba. "Elegancja, Francja, w mordę kopany". Gdy go wypatrzyłem wychodząc z ciepła Tarasów, jeszcze ćmił. Chciałem mu sprzedać parę jobów, opieprzyć, dlaczego na przednim siedzeniu trzyma swoją brudną dupę...
Ale jakoś mi przeszło i wykrztusiłem z siebie:
- No nie gościu, ale z tym jaraniem to przesadziłeś...
Majestatycznie zgasił na chodniku. A ja odszedłem.
 
I siedział tak jeszcze z dzisięć minut, kiedy ja na mrozie czekałem na sprzedawczynię (dla niej "otwarte od 11" oznaczało najwyraźniej, że o jedeneastej z małym haczykiem, to ona sobie wchodzi do sklepu). Tam, w cieple samochodu, grzał się. Choć jakim cieple z drugiej strony, skoro silnik od godziny nie chodził... Ale zawsze, parę stopni tu, kilka minut w poczekalni, trochę pod osłoną tektury przed wiatrem. I tak chwyta, kolekcjonuje tę energię. Zawsze coś, choć pewnie zaraz alkohol ("bo na co te drobniaki, co? przecież sam o tym mówił")wyciągnie z jego krwi każdą odrobinę ciepła...
 
Kiedy później wycierałem siedzenie, tapicerkę, pomyślałem, że tam w Stajence też nie było jak w Tarasach. A tylko abstrakcyjny Bliźni ma duszę, wyszorowane zęby i ładną koszulę. I nie musi kolekcjonować każdego skrawka energii w swoich sztywnych od brudu łachmanach. 

"Benia mówi mało, ale on mówi smacznie"

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Rozmaitości