Franciszek Smuda w 83 minucie wczorajszego meczu wpuścił na boisko Marcina Kikuta. Gdyby tak się nie stało, Lech wprawdzie nie awansowałby do dalszych gier, ale nie przegrałby z Udinese żadnego meczu i pozostawiłby po sobie całkiem niezłe wrażenie.
Niestety! To chodzące nieszczęście zastąpiło Grzegorza Wojtkowiaka. Kikut – notabene zawodnik o dość nieszczęśliwie brzmiącym nazwisku – musiał wejść na boisko w jakimś fatalnie dobranym obuwiu, gdyż, co jego butów dotknęła piłka, ten się zwyczajnie ślizgał. Najpierw nie zablokował groźnego strzału w naszym polu karnym, później fatalnie potknął się, gdy już, już wydawało się, że wychodzi na czystą pozycję i może zdobyć zwycięskiego gola. Ale prawdziwe nieszczęście przyszło za jego sprawą w 90. minucie, gdy Kikut na skutek tego, co zawsze (poślizgu, czyli) stracił piłkę w taki sposób, że Di Natalemu nie pozostało nic innego niż przebiec kilkadziesiąt metrów i umieścić futbolówkę w siatce obok bezradnego Turiny.
– Kikut tak gra, bo ma protezy zamiast nóg – ironizował jeden z kolegów, który oglądał ze mną mecz, nawiązując do jego nazwiska. – Sprzedał mecz! – sarkałem ja. Po zastanowieniu stwierdziłem jednak, że to niemożliwe. Gdyby Kikut sprzedał mecz nie pozwoliłby sobie na tak jawnie beznadziejną grę. Przynajmniej udawałby, że się stara, by niecnego procederu nie dało się tak łatwo udowodnić. Tymczasem tutaj Kikut spieprzył wszystko, co było możliwe. Gdyby sprzedał mecz, grałby lepiej.
Szkoda zwłaszcza tego ostatniego błędu i straconego gola. Bo Lech naprawdę na remis zasłużył. To, co oglądaliśmy w pierwszej połowie było ogromnie budujące – oby polskie drużyny pozwalały nam częściej odczuwać taką dumę, jakiej było nam dane doświadczyć w pierwszej połowie. Zresztą nie tylko w tym meczu. Lech grał naprawdę świetną, przyjazną dla oka piłkę we wszystkich swoich występach w Pucharze UEFA. Szkoda, że z winy kolegi Kikuta nie będziemy mogli wspominać meczu w Calcio przynajmniej z sentymentem i zapamiętać Lecha, jako drużyny, która wprawdzie odpadła z drużyną z Serie A, ale nie przegrała z nią żadnego z dwóch spotkań.
Na marginesie: Lech jest jedyną drużyną wyeliminowaną przez Włochów. Pozostałe zespoły z tego kraju: Fiorentina, Sampdoria, a nawet Milan musiały uznać wyższość rywali. Sensacją wydaje się zwłaszcza porażka Sampdorii z nieznanym szerzej Metalistem Charków 0:2.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)