Jak należało się spodziewać, w trzech angielsko-włoskich pojedynkach w 1/8 tegorocznej Ligi Mistrzów górą były zespoły z Premiership: wczoraj Chelsea uzyskała zwycięski remis w Turynie, dziś Manchester dość gładko ograł Inter, a Arsenal po rzutach karnych uporał się z Romą.
Te wyniki doskonale pokazują obecny układ sił w Europie. Jeszcze dziewięć, osiem lat temu najmocniejszą ligą była Primera Division. W roku 2000 w półfinałach Ligi Mistrzów było aż trzy drużyny hiszpańskie. Finał również był wewnętrzną sprawą drużyn z tego kraju. Od roku 1998 do 2002, tylko raz w finale zabrakło drużyny z Hiszpanii.
Dziś układ sił jest zupełnie inny. Zdecydowanie najmocniejsze zespoły grają w Lidze angielskiej. Wielki kwartet: Manchester United, Liverpool, Chelsea i Arsenal od czterech lat ma swojego przedstawiciela w finale, a w dwóch poprzednich sezonach wśród czwórki półfinalistów mieliśmy aż trzy drużyny angielskie. Również tym razem cała wielka czwórka awansowała dalej. (Warto na marginesie wspomnieć o znakomitym występie Liverpoolu, który rozgromił wielki Real Madryt aż 4:0.) I wydaje się, że po Puchar Mistrzów znów sięgnie ktoś z trójki: Manchester, Liverpool, Chelsea. Właściwie jedynym zespołem, który może pokrzyżować szyki „Anglikom” jest FC Barcelona.
Sądzę, że układ sił w 1/4 finału LM dobrze odzwierciedla obecny układ sił w europejskim futbolu klubowym: cztery drużyny z Anglii, potem długo, długo nic, dwie drużyny hiszpańskie, po jednej niemieckiej i portugalskiej. Można powiedzieć, że właściwie zamiast FC Porto powinna grać jedna drużyna z Włoch i wtedy ten układ byłby jeszcze bardziej realny, niemniej jednak tegoroczne Puchary pokazują słabość drużyn włoskich na arenie międzynarodowej. Gdyby nie Lech Poznań, to moglibyśmy już w ogóle nie oglądać drużyn włoskich, a tak w ćwierćfinale Pucharu UEFA zobaczymy Udinese Calcio.
Wróćmy jednak do krótkiego omówienia pojedynków angielsko-włoskich. Przed rozpoczęciem pierwszych meczów, największe szanse na awans należało dawać solidnie, a momentami błyskotliwie grającemu w tym sezonie Ligi Mistrzów Juventusowi, który w fazie grupowej dwukrotnie ograł Real Madryt. Niestety, okazało się nie po raz pierwszy (i nie ostatni, zob. poniżej), że zwycięstwo w pierwszym meczu 1:0, to znakomita zaliczka przed rewanżem. Nawet jeśli gospodarzom szybko uda się odrobić straty, to bramka wyrównująca radykalnie zmienia sytuację, bowiem wówczas przeciwnicy muszą strzelić kolejne dwa gole. Juventusowi udało się strzelić tylko jednego (nonszalancko wykonany karny przez Del Pierro). W dodatku w ostatnich minutach padł gol pieczętujący awans Chelsea. Za wysokie progi na lisie nogi. Poniżej gol Essiena na 1:1. Jedyne, co udało mi się złowić z opisywanych dwumeczów na Youtube.
Manchester gładko rozbił Inter. Właściwie oglądając mecz miałem wrażenie, że po drugiej bramce dla United z Włochów uszło powietrze. Nie mieli już ochoty do gry. Coś próbowali konstruować, zrobili trzy czy cztery ciekawe akcje, Adriano nawet uderzył w słupek, ale generalnie Manchester absolutnie kontrolował przebieg wydarzeń.
O dziwo najbliżej awansu była najsłabsza z włoskich klubów Roma, która uległa Arsenalowi, dopiero w długich rzutach karnych, w których zawodnicy obydwu zespołów potrzebowali aż ośmiu serii, by wyłonić zwycięzcę. Tutaj znów potwierdziła się prawda, o wadze zaliczki 1:0 z pierwszego meczu. Ponownie potwierdziło się też to, do czego doszedłem kilka lat temu po wielu obejrzanych seriach rzutów karnych: zdecydowanie lepiej mają ci, którzy strzelają pierwsi. Zwłaszcza w momencie, gdy gra się do pierwszego błędu. Po celnym strzale Arsenalu, każdy z zawodników Romy podchodził do piłki z przysłowiowym nożem na gardle. Za czwarty razem w tej nerwówce, presji nie udało się wytrzymać. Przyznać jednak trzeba, że choć Arsenalu nie lubię (podobnie jak pozostałych angielskich potentatów poza Liverpoolem), jest to drużyna znacznie lepsza od Romy i mecze z udziałem tego zespołu będą w dalszej fazie zdecydowanie bardziej atrakcyjne.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)