9 obserwujących
21 notek
38k odsłon
  2298   0

Reductio ad Hitlerum. Anatomia kłamliwej dyskredytacji Donalda Trumpa. Część I

PB
PB

„Szatan występuje z oskarżeniami tylko w czasach zagrożenia” - Talmud Jeruszalami. Szabat 

„Tak, gdybym nie miał zębów, powiedzielibyście, że jestem dojrzały. Gdybym na każde wasze łgarstwo mile się uśmiechał, dopiero byłbym dla was mądry. Gdybym tak pier...niesprawiedliwość, jak wy swoje żony, od dawna byłbym w sercu waszym urządzony.” Wolf Biermann

Prowokacja waszyngtońska mająca doprowadzić jakoby do powstania (pod przywództwem „marszałka stepowego” Bizona uzbrojonego w swoiste wunderwaffe w postaci wyjątkowo zaostrzonych rogów ;-) nie była dużym zaskoczeniem dla śledzących nieco intensywniej politykę amerykańską. Prowokacja bowiem obok dyskredytacyjnej manipulacji była podstawową metodą działania przeciwników Donalda Trumpa od 2015 roku tj. ogłoszenia przez niego startu w prawyborach republikańskich i jego pierwszych sukcesów w staraniach o nominację. Prowokowanie, w największym skrócie, polega na wywoływaniu zdarzeń, które bez tej czynności, nie nastąpiłyby. Czasami zresztą nie chodzi o wywoływanie określonych zdarzeń w ich ścisłym rozumieniu, ale ich namiastek, mogących być podstawą, „punktem zaczepienia” do budowania manipulacyjnych narracji i kreowania negatywnego wizerunku przywódców. „Nawoływanie do przemocy” przez Donalda Trumpa i „nieudane powstanie waszyngtońskie” są tego dobrymi przykładami. Pamiętajmy bowiem, że wyborcy, co do zasady, cenią u przywódców określone cechy, które w ich wyobrażeniu „gwarantują” im ich pomyślność i bezpieczeństwo. Do najważniejszych z nich zaliczamy otwartość, życzliwość, sumienność/kompetentność, równowagę emocjonalną i dominację. W zdrowych republikach, niczym w dobrym towarzystwie, gdzie ceni się rozmowy ad meritum nie ceni zaś ataków ad personam, wywoływanie niekorzystnego osobistego wrażenia przeciwnika politycznego (objawiającego się rewersem lub patologizacją w/w cech) odbywa się co najwyżej pośrednio, poprzez działania mieszczące się w tzw. dobrym tonie. W republikach chorych, niejako zatrutych „złym towarzystwem”, prowokuje się brutalnie, bez pardonu licząc m.in., iż osobiście zaatakowany odpowie równie brutalnie, co stanie się pożywką do budowania jego negatywnego wizerunku np. osoby niezrównoważonej lub agresywnej, skłonnej do przemocy i łamania prawa etc.  

Rzecz jasna uwiarygadnianie negatywnego wizerunku i w konsekwencji zagrożenia w propagandowym przekazie powinno być wzmacnianie poprzez negatywne analogie historyczne. W ujęciu naukowym analogie takie mogą być jednakowoż uprawnione pod warunkiem spełniania podstawowych kryteriów. Wedle klasycznej teorii przy ocenianiu analogii powinno się stosować dwie zasady. Pierwsza to zasada podobieństwa, co oznacza, iż między dwoma podmiotami muszą istnieć podobieństwa dotyczące istotnych, ważnych ich aspektów. Druga sprowadza się do tego, iż nie może ignorować istotnych różnic między dwiema porównywanymi podmiotami. Brak spełnienia tych wymogów może oznaczać tylko jedno: nieuczciwość a w kontekście wyborczym również manipulację.

Do najpoważniejszych zarzutów należą porównania, analogie do polityków, którzy okazali się masowymi zbrodniarzami jak np. nazistowski (faszystowski) przywódca Niemiec Adolf Hitler czy komunistyczny przywódca sowieckiej Rosji Józef Stalin. Na poziomie psychologicznym taka analogia ma wywołać u wyborcy utwierdzenie zdystansowania lub poczucie winy (guilt by association) u tych, którzy popierali lub rozważali poparcie danego kandydata w wyborach. Pewne uwarunkowania pamięci historycznej, przede wszystkim tzw recency effect, czyli bliższe współczesności i dłuższe, bo 45 letnie, amerykańskie zmagania z komunizmem (w tym dwie krwawe wojny koreańska & wietnamska), skłaniałyby raczej do wyboru stalinowskich analogii we współczesnym, amerykańskim czarnym PR . Niemniej, zapewne z powodu licznej i wpływowej społeczności żydowskiej, której niemała część w przeszłości była silnie uwikłana w komunizm oraz ze względu na Holocaust, wybór jest inny.

Historia Reductio ad Hitlerum

Już co najmniej od końca lat sześćdziesiątych (część badaczy jak prof. Kevin Macdonald uważa, iż koreluje to ze znacznym wzrostem wpływów lobby żydowskiego w tym czasie) zaobserwowano w amerykańskiej wewnętrznej debacie postępującą degradację klasycznych zasad dyskusji. Jednym z jej elementów było nadużywanie zarzutu antysemityzmu i chwytu erystycznego redutio ad hitlerum. Już wówczas co światlejsi i odpowiedzialni za wspólnotę sygnalizowali, iż nadużywanie tej argumentacji jest z gruntu nieuczciwe, ociera się o szantaż psychologiczny, wykorzystuje mechanizm wiktymizacji w czysto praktycznym i instrumentalnym celu. Dodatkowo niesprawiedliwie stygmatyzuje oponentów oraz długofalowo doprowadza do banalizacji zła i pamięci o prawdziwych ofiarach hitleryzmu. W pewnym stopniu odpowiedzią na to zjawisko było tzw prawo Goldwina , które sprowadzało się w skrócie do zakazu używania tego argumentu (kto pierwszy użył go w debacie, przegrywał ją etc).

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale