Ludzi szkoda. Najbardziej dzieci. Są zupełnie niewinne. Ale w zderzeniu z nieszczęściem najczęściej nie mają wielkich szans. U progu życia płacą najwyższą cenę. Rodziny, które z różnych względów eksmitowano z mieszkań, zakwaterowano w klatkach pokojów w byłym hotelu robotniczym. Powiedzmy sobie szczerze - w budynku o standardzie urągającym współczesnemu człowiekowi. Te rodziny w drugie dzień świąt wielkanocnych przeżyły o wiele bardzie koszmarny dramat niż gdy - jak w niektórych przypadkach - wyrzucano ich z poprzednich miejsc zamieszkania. Brak słów, aby w pełni odnieść się do śmierci w płomieniach płonącego jak żagiew budynku.
Tam nie mieszkali zasobni ludzie. Bogactwa tam nie widziałem. Miejscowi bogacze to miejsce omijali szerokim łukiem i tylko proszę mi nie wmawiać, że tak nie było. Władze miejskie? Już ja dobrze wiem, jak panie urzędniczki - nie tylko z Kamienia Pomorskiego - traktują ludzi znajdujących się w różnych, często nawet niezawinionych kłopotach. Owszem, był taki polityk, który zrozpaczonym powodzianom wytykał, że ci nie ubezpieczyli swoich majątków. On swój ubezpieczył. Taki mądry. Premier Cimoszewicz do dzisiaj pozostaje ikoną tych zapobiegliwych, wszechwiedzących i wszechmogących przedstawicieli kasty urzędniczo-politycznej.
Gdy jeszcze dymiły popioły, przed kamerą wypowiadali się różni ludzie z miejscowych władz. Zwróciłem uwagę na około 60 letniego urzędnika, który tłumaczył butnie, że budynek był w dobrym stanie… bo przecież są dokumenty odbioru technicznego. Nie miał sobie nic do zarzucenia. Dwa światy: pierwszy świat zwyczajnych ludzi, często poturbowanych ludzi i świat pewnych siebie, butnych i wypasionych urzędników ( gwoli prawdy pań urzędniczek, których jest znacznie więcej niż panów urzędników ). Dlatego nie dziwię się, gdy stygły popioły, że ludzie z Kamienia Pomorskiego krzyczeli do mikrofonów o sitwie, o układzie rządzącym w mieście, o nieprawidłowościach. Dwa światy. Ale tej pamiętnej nocy płonęły dzieci z pierwszego świata. Te z drugiego były bezpieczne.
Gdy jeszcze dymiły popioły przed południem przyleciał do Kamienia Pomorskiego premier Donald Tusk. W pobliżu pogorzeliska dukał klasyczne banały o konieczności pomocy. Tusk wydawał się tak samo zgaszony, jak ten pożar za jego plecami. Towarzyszący mu oficerowie BOR wykonywali swoją pracę wodząc wzrokiem po okolicy.
Jeden z nich, ten stojący tuż za plecami Tuska ubrany w niebieską koszulę, bez krawata bez przerwy leniwie żuł gumę. Międlił ją pracowicie, gdy Tusk usiłował coś powiedzieć, ale mu nie szło. Nikt niczego mu nie przygotował, chłopcy od PR zostali na święta w domu.
Tusk dukał coś nieskładnie o tragedii, ochroniarz żuł gumę. I było tak, jak zwykle jest w PO. Wyłączyłem telewizor.
Tekst pochodzi z: http://www.pis.org.pl/akcja.php?id=8


Komentarze
Pokaż komentarze