Profesor Ryszard Legutko w wywiadzie udzielonym „Polsce” zauważył, że dla PO liczy się tylko interes frakcji: Przed głosowaniem spotkałem się z Jerzym Buzkiem, który zapewniał, że PO poprze naszego kandydata. Tymczasem w głosowaniu zdecydowali się na McMilliana-Scotta. To najlepszy dowód, że dla nich nie ma czegoś takiego jak polski interes - liczy się tylko interes frakcji.
…że nie ma czegoś takiego jak polski interes.
Prawda jak bardzo ponadnarodowa jest PO. Swoim dawnym internacjonalizmem partia Tuska przebija wszystkich: Brytyjczyków, Belgów, Hiszpanów Czechów, ale przede wszystkim Niemców.
Wystarczy tylko przez dłuższą chwilę pochylić się nad polityką rządów Niemiec czy Francji, aby nie mieć złudzeń, jaka dla niemieckich czy francuskich polityków została wyznaczona hierarchia ważności unijnych interesów. Nikt nie ma wśród nich złudzeń, że to, co jest dobre Niemiec, to dobre jest też dla Europy. Ale to, co dobre jest dla Europy, a dla Berlina czy Paryża już niekoniecznie. Trzeba odrzucić, schować, zakopać, zdeptać i ukryć, chociażby pod dywanem.
No, ale Niemcom wolno walczyć o wszystko, co dobre dla Niemiec, ale Polakom już nie, bo wtedy nie będą odpowiednio europejscy. Taki psychologiczny szantaż, a jak działa!
W UE istnieją podwójne standardy. Po pierwsze „stara Unia”, po drugie „stara Unia”, po trzecie „stara Unia”. Reszta ma służyć i pracować dla „starej Unii”. Nie dziwię się, że Jerzy Buzek oszukał prof. Legutkę. Kłamstwo i nie dotrzymywanie słowa – jeśli tylko służy Berlinowi czy innej stolicy – jest zaletą. Gdyby PO poparło kandydata PiS, a nie obcokrajowca, to PO straciłaby w oczach przywódców „starej Unii”. A nie daj Boże, gdyby komuś z nich przyszło do głowy wyrazić wątpliwości co do europejskości Platformy, to platformersi gotowi są na przypiekaniem żywym ogniem, gotowi na całkowite zaprzaństwo. Byleby uważano ich za Europejczyków prawdziwych.
No to niby dlaczego PO miałaby popierać kandydata PiS, skoro tym samym naraziłaby się na reprymendę frakcyjnych kolegów i na stratę w oczach zlewaczałego PE.
A z Buzkiem – jak mówią anegdoty - było tak, gdy jeszcze był premierem. Otóż jeśli chciało się coś od uzyskać, trzeba było z nim rozmawiać jako ostatni w kolejce petentów przed jego gabinetem: premier bardzo łatwo zmieniał zdanie i w danej sprawie słuchał głosu tego ostatniego.
Jerzy Buzek, wypromowana ikona zwana autorytetem, jest za stary, aby zmienić charakter… Kim był ten ostatnim, kto na temat poparcia ( lub nie ) kandydatury Kamińskiego rozmawiał z Jerzy Buzkiem? Być może był to Lewandowski, może Senyszyn, a może z pianą na ustach dopadł go socjalista Martin Schultz?
Cóż powiedzieć? Trawestując amerykańskie przysłowie: Po tak przykrym doświadczeniu pewnie prof. Legutko już nie kupi używane auto od Jerzego Buzka.
Tekst pochodzi z: http://www.pis.org.pl/akcja.php?id=8


Komentarze
Pokaż komentarze (5)