Peemka Peemka
2483
BLOG

"Wybiórcza" fizyka smoleńska

Peemka Peemka Rozmaitości Obserwuj notkę 42

Gazeta Wyborcza przytoczyła rozmowę z prof. Pawłem Artymowiczem, atrofizykiem z Uniwersytetu w Toronto, w której krytykował on badania zespołu profesorów Wiesława Biniendy i Kazimierza Nowaczyka. Dobór rozmówcy niewątpliwie zaskakuje – pokazywanie jako „naukowego autorytetu” człowieka, który w listopadzie 2010, a zatem na długo zanim ktokolwiek usłyszał o symulacjach prof. Biniendy, uczestniczył w rozsiewaniu na forum (gdzieżby indziej) Gazety Wyborczej oszczerczych plotek o „debeściakach” (link) musi świadczyć albo o redakcyjnym chaosie albo o bardzo krótkiej ławce rezerwowych, skoro musi się sięgać aż do tak głębokich rezerw. Najwyraźniej nawet tak duży medialny koncern nie był w stanie znaleźć jakiegoś bardziej wiarygodnego „specjalisty od modelowania”, którego możnaby wystawić na pierwszą linię. Chyba, że chodziło o jasne przesłanie, że tekst jest adresowany wyłącznie dla najbardziej sfanatyzowanych wyznawców raportu MAK i do nikogo więcej.

Jakby nie było, tym razem Artymowicz szerokim łukiem omijał temat załogi – a i jego rozmówca nie kwapił się do podjęcia tego tematu. Nawiasem mówiąc coś musiało się Artymowiczowi odmienić, bo jeszcze pod koniec września 2011 roku w swoim tekście zamieszczonym na portalu Studio Opinii pisał on, że:

Zdrowa większość społeczeństwa ma już tematu szczerze dosyć i ucieka przed reporterami proszącymi o opinie na temat Prawdy Smoleńskiej.

Najwyraźniej Artymowicz również zachorował na smoleńską chorobę, bo nie sprawiał wrażenia uciekającego przed nagabującym go pracownikiem Wyborczej. Sama rozmowa to właściwie szereg deklaracji wiary Artymowicza – nie lepszych i nie gorszych niż kogokolwiek innego – przeplatanych wstawkami nie na temat. Przykładowo stwierdza on:

Gdybym miał sam przeprowadzić podobne obliczenia, dla sprawdzenia obliczeń metodą elementów skończonych (MES) stosowaną przez zespół zastosowałbym zapewne nowszy i bardziej właściwy jej wariant, zwany metodą rozmytych elementów skończonych (Smoothed-FEM).

Czytaj: gdybym mógł to zrobić, bo nie umiem, ani nawet nie wiem od której strony sie do tego zabrać. Ot, takie sobie gawędziarstwo, jak celnie podsumował tyrady Artymowicza bloger seaman. Zresztą czego się spodziewać, skoro sam atsrofizyk otwarcie twierdzi na swoim blogu, że biega od inżyniera do inżyniera z prośbą o fachową opinię na temat modelowania prof. Biniendy. Opinie, które prawie zawsze są dla tego modelowania „miażdżące” ale za to zawsze i niedomiennie anonimowe. Jedyna nieanonimowa opinia pochodziła od dr. inż. Szuladzińskiego, właściciela niewielkiej firmy konsultingowej w Australii – ale ona była znacznie bardziej wyważona i nie zawierała nawet śladu twierdzenia, że modelowanie prof. Biniendy „przeczy prawom fizyki”.

Artymowicz w rozmowie czasem wzajemnie sobie przeczy, twierdząc:

Dużo mocniejszym dowodem są tu materiały i zeznania zebrane na miejscu, przez komisje rosyjską i polską. Zważywszy to wszystko, nie ma wątpliwości, że samolot faktycznie uderzył w brzozę.

W raportach MAK-u i komisji Millera nie ma żadnych bazujących na fizycznych danych dowodów, że skrzydło tupolewa w ogóle miało kontakt z brzozą, o czym zresztą mówi sam Artymowicz nieco wcześniej:

Niestety, zabrakło nie tylko analizy laboratoryjnej próbek drewna brzozy, na której doszło do krytycznego dla katastrofy naruszenia struktury lewego skrzydła, ale nawet dokładnego opisu jej stanu i opisu działki, na której stoi brzoza, wkrótce po wypadku.

Ot, taka mała niekonsekwencja w gawędziarstwie. Artymowicz zagadnięty o uderzenie samolotów w budynki WTC i przecięcia przez skrzydła zewnętrznych elementów kontrukcyjnych udziela wymijającej odpowiedzi:

Profesor Binienda powołał się znów tylko na określone symulacje tamtego zdarzenia, a to sprawa bardzo dyskusyjna.

„Określone symulacje tego zdarzenia” to modelowanie przeprowadzone przez ekspertów z Purdue University (link), w którym próbowali odtworzyć oni dokładny przebieg uderzenia samolotu w wieżę. W pytaniu najpewniej chodzi o przecięcie przez skrzydła szeregu zewnętrznych elementów konstrukcyjnych, zarówno poziomych jak i pionowych. Dekonstrukcja skrzydeł nastąpiła chwilę później przy kolejnych uderzeniach w główną strukturę budynku. Nie dziwota zatem, że Artymowicz czuje sie z tym niezbyt komfortowo i musi to „bardzo dyskutować”, choć symulacja jest jednoznaczna i poparta dosyć bogatym materiałem filmowym.

Na koniec Artymowicz zgłasza swoją gotowość do uczestniczenia w pracach zespołu Millera, gdyby śledztwo ruszyło na nowo jako "specjalista od mechaniki i aerodynamiki", no i modelowania MES, gdzie „byłby zapewnie w stanie” to zrobić. Zapewne. Deklaracje te byłyby całkiem zabawne, gdyby nie to, że rozmówcy traktują je śmiertelnie poważnie. Jednak po pierwszym rozbawieniu przychodzi refleksja: wart Pac pałaca a pałac Paca. Ze swej strony proponuję zatem udział innego eksperta z zakresu aeronautyki – Jana Osieckiego, zwłaszcza przy odczytach zapisów nagrań z kabiny pilotów.

Podsumowując - nihil novi. Stare, mocno już zużyte prawdy podane w dużo łagodniejszym sosie. Nawet techniczny przekaz Artymowicz skopiował od członków zespołu Antoniego Macierewicza - "telekonferencja". Artymowicz wycisnął z siebie nawet kilka ciepłych stwierdzeń pod adresem Zespołu Parlamentarnego i jego ekspertów. Po jego wcześniejszych wyczynach trudno to jednak traktować nawet jako początek postanowienia poprawy.

Peemka
O mnie Peemka

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (42)

Inne tematy w dziale Rozmaitości