Peemka Peemka
1677
BLOG

Aktywizacja ekspertów komisji Millera

Peemka Peemka Rozmaitości Obserwuj notkę 66

Ostatnie medialne uaktywnienie sie ekspertów PKBWL świadczy o tym, że dotychczas obowiązująca ich taktyka – ignorować póki można – nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Dotychczas, na kolejne podnoszone argumenty świadczące o żenujacym poziomie „śledztwa” przeprowadzonego przez komisję Millera odpowiedzią była głucha cisza. Być może liczono na to, że temat się „wypali” i szersza publika straci nim zainteresowanie. Niedawno opublikowane sondaże świadczące o tym, że dla dużej części społeczeństwa, niezależnie od politycznych sympatii, prace ekspertów Millera są niewiarygodne i świadczą albo o partactwie, albo wręcz o uczestnictwie w mataczeniu musiały zdecydować o zmianie strategii. Początkowo nastąpiło zamieszanie mogące świadczyć, że nie wiedziano, jaką strategię przyjąć: czy idziemy w zaparte, czy próbujemy oswajać temat i decydujemy się na jakieś ustępstwa. Prawnik i członek komisji Millera, prof. Żylicz oświadczył nawet, że wyniki prac komisji Antoniego Macierewicza należy potraktować poważnie, być może jako punkt wyjścia dla wznowienia w jakiejś formie badań nad katastrofą. Wtórował mu prezez Polskiej Akademii Nauk, prof. Michał Kleiber, który oświadczył wręcz, że są powody sądzić, że komisja Millera zignorowała lub potraktowała zbyt ogólnikowo niektóre dane. Jego zdaniem bardzo niepokojące jest także przetrzymywanie wraku, a co za tym idzie brak możliwości jego rzetelnej analizy. Co jeszcze bardziej znaczące, zasugerował on poważną analizę mechaniki rozpadu wraku z udziałem zagranicznych ekspertów.

Szybko jednak nastąpło dyscyplinowanie szeregów zgodnie ze strategią „idziemy w zaparte”. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Najpierw Gazeta Wyborcza zaatakowała prof. Kleibera, że ośmiela się kwestionować objawione przez MAK i komisję Millera prawdy. Członkowie komisji Millera zaczęli zaś wypowiadać się w mediach, czywiście tych „zaprzyjaźnionych”. Dobra nowina jest taka, że byli konfrontowani z wynikami prac ekspertów zespołu parlamentarnego. Złą nowina jest zaś taka, że dowiedzieliśmy się, że na poparcie swego stanowiska eksperci Millera nie mają nic poza własnymi wyborażeniami o przebiegu katastrofy. Ktoś mógł wcześniej sądzić, że odpowiedzi na wątpliwości podnoszone przez profesorów Nowaczyka, Biniendę czy Czachora od dawna istnieją, tylko nie są upubliczniane. Ostatnia aktywność medialna ekspertów komisji Millera przynosi jednak wielkie rozczarowanie: oprócz odgrzewania starych kotletów nie byli oni w stanie dodać nic nowego. Co gorsza, grzęźli oni w kolejne niekonsekwencje i sprzeczności o czym poniżej.

Najpierw mgr Wiesław Jedynak skomentował wyniki prac ekspertów zespołu parlamentarnego. Bloger Kaczazupa odniósł się już do tego, z mojej strony tylko krótkie uwagi zatem.

Mgr Jedynak stwierdził, że zapisane w parametrycznej czarnej skrzynce skoki przeciążeń (zarówno pionowego, jak i poprzecznego) są wynikiem zderzeń z przeszkodami naziemnymi, czyli drzewami. Nie przedstawił jednak śladu dowodu na swoje twierdzenia. Gorzej, przyznał on, że jest to wyjaśnienie li tylko „prawdopodobne”. Wynika z tego, że nawet członkowie komisji Millera nie wiedzą z pewnością, co było przyczyną skoków przeciążeń. Wiedzieliby, gdyby przeprowadzono śledztwo zgodnie z cywilizowanymi standardami. Proszę bardzo, oto wyniki badań przekroju pnia na obceność farby, płynów technicznych czy mikrośladow metalu. Z tego typu analiz można by nawet wywnioskować jakimi częściami samolot uderzał w jakie drzewa. Takich analiz nie ma i to już wiemy na pewno. Przyznał to mgr Jedynak, stwierdzając że ani skrzydło ani brzoza nie były badane – założono po prostu, że są to „efekty” niewarte zainteresowania, albowiem wszystko „co najistotniejsze” działo się wcześniej. Jedynak nie był także w stanie przedstawić skrawka dowodu na inne swoje twierdzenie, że „wstrząsy są skorelowane z czasem kiedy samolot uderzył w brzozę”. Skąd wiadomo, że są skorelowane? (Więcej na ten temat tutaj.)

Pan magister Jedynak nie potrafi nie tylko odpowiedzieć na powyższe pytania, ale nawet nie potrafi sformuować właściwych. Podpowiadając mu spytajmy:

  • Czy zarejestrowane skoki przeciążeń są wynikiem wstrząsów urządzeń pomiarowych skutkiem zderzeń z drzewami i nie reprezentują faktycznych zmian przyspieszeń samolotu?
  • Czy też zarejestrowane skoki przeciążeń są wynikiem faktycznych zmian przyspieszeń samolotu wskutek zderzeń z drzewami?

Mgr Jedynak oświadczył również, że przeciążenia te były „delikatne”. Co to znaczy „delikatne”? W stosunku do czego? Pierwszy wstrząs to skok przeciążenia pionowego o 0,8 g, a poprzecznego o wartość około 0,3 g. Wypadkowa drugiego wstrząsu miała zaś wartość około 1,25 g. Jakie są zarejestrowane skoki przeciążeń w ostatniej sekundzie zapisów dla Boeinga 747 TWA lot 800, który w 1996 spadł do Atlantyku rozerwany eksplozją w centralnym zbiorniku paliwa? Dla przyspieszenia pionowego to skok od 0.9 do -0.89 g i z powrotem do 1,02 g, czyli skoki odpowiednio o 1,79 i 1,91 g. Z kolei dla przyspieszenia poprzecznego to skok raptem o 0,08 g czyli dużo mniej niż w przypadku tupolewa. Jak widać choćby z powyższego porównania mgr Jedynak zmyśla z tą „delikatnością” wstrząsów.

Na koniec mgr Jedynak daje także świadectwo, że nie czytał dokładnie nawet raportu, pod którym sie podpisał. Stwierdza on mianowicie, że jeden z rejestatorów polskiej konstrukcji (QAR-ATM) zapisał do ostatniej sekundy lotu, że samolot był sprawny. Jedno zdanie i dwa błędy. W raporcie Millera stwierdza się, że samolot był sprawny nie do ostatniej sekundy lotu, a do momentu uderzenia w brzozę, kiedy (lub nawet chwilę wcześniej) nastapiło rozszczelnienie wszystkich instalacji hydraulicznych. Po wtóre, zapis rejestratora polskiej producji QAR-ATM kończy się półtora sekundy wcześniej niż zapisy fabrycznych czarnych skrzynek. Te ostatnie półtorej sekundy dosztukowano właśnie z zapisów radzieckiej produkcji oryginalnej czarnej skrzynki samolotu:

W zapisie tym, ostatnie poprawne dane kończą się o godzinie 8:41:02,5. Algorytm kompresji wbudowany w rejestratory serii ATM-QAR/R128ENC, powoduje opóźnienie zapisu o około 1,5 sekundy, dlatego podjęto próbę uzyskania brakującej 1,5 sekundy zapisu z innego rejestratora.Zapis z rejestratora KBN-1-1 kończy się kilka sekund przed początkiem 41 minuty lotu więc jest do tego celu nie przydatny. Rejestrator MŁP-14-5 jest mechanizmem przewijania taśmy wprost zapisującym dane na taśmę. W zapisie z niego – plik 85837.FDR.ALLData.dat – wyodrębniono 4 Kadry zawierające sekundy 41:02 i 41:03. W zapisie z rejestratora ATM-QAR/R128ENC usunięto ostatni Kadr (ostatnie pół sekundy) i dodano do niego 4 kadry wyekstrahowane z zapisu rejestratora MŁP-14-5.

(s. 522 Załączników do raportu Millera nr 4, podkreślenie moje)

Zatem mamy następującą sytuację: dobrej jakości zapis rejestratora KBN-1-1 z jakiegoś tajemniczego powodu kończy się kilka sekund przed początkiem krytycznej 41 minuty lotu. Rodzimej produkcji rejestrator szybkiego dostępu zakończył rejestrację 2 sekundy przed MŁP-14-5: półtorej sekundy w wyniku opóźnienia wynikłego z kompresji danych plus pół sekundy obciętą podczas obróbki danych. Jedynym zatem zapisem obejmującym ostatnie dwie sekundy lotu są te z rejestratora MŁP-14-5, a ściślej przesłany z Moskwy plik 85837.FDR.ALLData.dat. Kopia uzyskana w Moskwie 31 maja 2010 r. z tego samego rejestratora w obecności polskich prokuratorów zawiera tyle błędów, że jest niezdatna do analizy (biegłym nie udało się odnaleźć jednej poprawnej ramki danych). A co o jakości danych z przesłanego z Moskwy pliku stwierdza raport Millera? Otóż dane te zawierają znaczącą ilość błędów:

Ilość błędów w zapisie z rejestratora MŁP-14-5 w pliku 85837.FDR.ALLData.dat jest wyraźna, ale nie wpływa na ogólny obraz zarejestrowanego lotu (s. 519 Załącznika nr 4).

Jeszcze ostrzej sprawęjakości tego zapisu stawia MAK:

W procesie odczytywania i obróbki stwierdzono, że nośnik magnetyczny zawiera informację o zdarzeniu lotniczym, jakość zarejestrowanej informacji jest niezadowalająca - duża liczba błędów (s. 72 polskiego tłumaczenia raportu MAK).

Trzeba zatem podkreślić, że jedynymi zapisami obejmujacymi ostatnie dwie sekundy lotu są wykonane jedynie przez Rosjan kopie z rejestratora MŁP-14-5. Kopie te nie zostały wykonane w obecności jakichkolwiek przedstawicieli strony polskiej.

Mgr Jedynak oświadcza także, że Wojskowy Instytut Chemii i Radiometrii przebadał „bardzo wiele elementów będących na pokładzie samolotu” na obecność materiałów wybuchowych, radioakatywnych i gazów bojowych. W dokumentacji z tegoż instytutu te „bardzo wiele elementów” to raptem 9 fragmentów, w rodzaju buta czy banknotu – wszystkie należące do ofiar, żaden nie pochodzi z części samolotu. Na dodatek nie wiadomo ani gdzie te fragmenty zostały znalezione na miejscu katastrofy, ani w których miejscach samolotu były ulokowane – czy to było w luku bagażowym, w bagażu podręcznym czy wreszcie przy ofiarach. Po katastrofie nad Lockerbie mobilnymi chromatografami gazowymi i aparatami RTG badano tysiące części znalezionych na miejscu tragedii. W świetle tego „bardzo wiele elementów” Jedynaka w liczbie dziewięciu badanych w laboratorium nie posiadającym akredytacji do tego typu analiz zakrawa na kiepski żart (więcej na ten temat we wpisie blogera NDB).

Oprócz mgr. Jedynaka na medialną odsiecz w Radiu Zet ruszył także przewodniczący Państwowej Komisji Badania wypadków Lotniczych dr inż. Maciej Lasek. Dr Lasek na dzień dobry przyznaje, że nie było żadnych badań wraku, ani drzew w które uderzać miał samolot: jego eksperci raptem „dokonali oględzin szczątków samolotu”. Znaczy to, że żadnych strukturalnych ani materiałowych badań nie było, nie pobierano żadnych próbek do badań laboratoryjnych, nie alizowano żadnych mikrośladów. Dla odmiany dr Lasek z dumą oświadcza, że to co jego komisja ma to „zdjęcia brzozy i urwanego skrzydła”. Ale to już wiedzieliśmy wcześniej: w raporcie komisji Millera aż roi się od skopiowanych od Siergieja Amielina zdjęć. My też je widzieliśmy. Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy liczyliście że w odpowiedzi na zarzuty ekspertów zespołu Macierewicza przedstawi się twarde dane, bazujace na rzetelnych badaniach! Nic z tych rzeczy – takich badań nie było i nie ma. Jedynie co mają to zaklinanie rzeczywistości, powtarzanie tego, samego co powtarzano od 10 kwietnia 2010 roku czyli rytualne atakowanie pilotów, doszukiwanie się nacisków i kolejnych generałów w kokpicie.

Jedyny poważniejszy argument, jaki podniósł dr Lasek jest następujący: rejestrator ciśnienia w kabinie pilotów nie zarejestrował żadnej anomalii ciśnienia, która powinna wystąpić skutkiem rozchodzącej się fali uderzeniowej wybuchu, zwłaszcza jeśliby nastąpiłby on wewnątrz kadłuba. Są jednak problemy z tym wyjaśnieniem. Po pierwsze, rejestrator zapisuje te dane co pół sekundy. Wybuch, który miał rozerwać kadłub mógł przeciąć zasilanie zanim rejestrator miał szansę zapisać nowe wartości. Odcięcie zasilania parametrycznych czarnych skrzynek samolotu PanAm lot 103, który uległ zniszczeniu nad Lockerbie było tak nagłe, że w ogóle nie pokazują żadnych zakłóceń, tylko nagłe przerwanie zasilania. Skrzynka rejestrująca dźwięki w kabinie pilotów zarejestrowała zaś jedynie świszczący odgłos trwający raptem 180 milisekund. Co więcej, jak to już omówiłem powyżej, zapis z ostatnich dwóch sekund lotu zawiera znaczacą liczbę błędów, no i jest to kopia nawet niezweryfikowana przez stronę polską. Teraz dopiero w pełni wychodzą zaniedbania i zaniechania w śledztwie. Zamiast wykluczyć wybuch na pokładzie tak, jak robi się to w cywilizowanych śledztwach odpytywany dr Lasek musi teraz desperacko bronić swojej wersji powołując się na wątpliwe dane, zdjęcia Amielina i „oględziny” wraku i brzozy.

Podsumowując, rzuceni na medialny front eksperci komisji Millera byli zdolni powtarzać jedynie oklepane, dawno już podważone teorie. Plątali się także w niekonsekwencjach, zmuszeni byli do wygłaszania absurdalnych tez w rodzaju, że 9 przebadanych próbek na niektóre materiały wybuchowe to „bardzo wiele elementów” czy że komisja świetnie wykonała swoją pracę poprzez „pożyczenie” fotografii od Amielina. Mamy zatem dziwną sytuację. Z jednej strony powtarza się, że wszelkie hipotezy o wybuchu czy zamachu to świadectwo nieuctwa, braku znajmości podstawowych faktów, nieprzyjmowania do wiadomości rzeczy oczywistych. Tylko dlaczego ilekroć obrońcy oficjalnej wersji zabierają głos zawsze muszą coś nakłamać, przeinaczyć, zmanipulować?

Peemka
O mnie Peemka

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (66)

Inne tematy w dziale Rozmaitości