Peemka Peemka
1044
BLOG

Profesorowie i ich krytycy

Peemka Peemka Rozmaitości Obserwuj notkę 10

Tryumfalny przejazd prof. Wiesława Biniendy przez kraj, gdzie na szeregu spotkaniach na kilku uczelniach jego tezy spotkały się z aprobatą zarówno większości specjalistów, jak i zgromadzonej publiki, musiał być bardzo kłopotliwy dla wyznawców pancernej brzozy. Wedle ich narracji w jedynie słuszne wyjaśnienia MAK i komisji Millera nie mogą uwierzyć jedynie moherowe masy. A tu spotkania na najlepszych polskich uczelniach, w obecności kadry naukowej i nie tylko żadnego "walcowania Biniendy", ale i akceptacja wielu z jej przedstawicieli dla jego badań. Okazja do podważenia tez prof. Biniendy była wręcz wymarzona. Rzesze anonimowych ekspertów, o których istnieniu zapewniali nas internetowi krytycy Biniendy, tylko czekały by przed frontem zarówno specjalistów, jak i szerszej publiki rozbić tezy Biniendy w drzazgi. Niestety, przyszło do otwartej konfrontacji rzesze anonimowych ekspertów nagle rozpłynęły sie w niebycie – nawet z łapanki nie znaleziono nikogo.

Jest jednak jeszcze gorzej – jak by to ujął zgorszony wyznawca pancernej brzozy: część środowiska naukowego uległa populistycznym sentymentom i daje posłuch tezom Biniendy. I tak oto prof. dr. hab. Edward Malec, kierownik Zakładu Teorii Względności i Astrofizyki Instytutu Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego bardzo ciepło ciepło wypowiadał się o modelowaniu profesora z Akron. [1] Opsując spotkanie z prof. Biniendą na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego stwierdził on:

Przyciągnęło ono ogromną rzeszę ludzi, około 250 naukowców ze środowiska krakowskiego. Przybyli głównie fizycy i specjaliści nauk technicznych, a więc osoby, które rozumiały tematykę wykładu. Profesor Binienda referował problem na seminarium w sposób bardzo merytoryczny. Podkreślał, jakie przyjmuje założenia, jakie założenia mogły być przyjęte, ale on ich nie robi z różnych względów - braku czasu itp. Zrobił bardzo dobre wrażenie na słuchaczach. Padło mnóstwo pytań, na które odpowiadał w sposób jasny i przekonujący. Chciałbym tu też od razu zaznaczyć, że nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, więc nie mogę wypowiadać się autorytatywnie. Natomiast odniosłem wrażenie - tak samo jak zresztą inni - że pan profesor używał zupełnie standardowych narzędzi stosowanych w amerykańskim przemyśle lotniczym.

[...]

Jest Pan sceptyczny wobec zastosowania takiej metody badawczej?

Absolutnie nie. Moim zdaniem, jest to jak najbardziej właściwa droga. Chciałem tylko powiedzieć, że nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, co pan prof. Binienda. Mam wrażenie, że jego analizy są rzetelne, że używał wiarygodnych narzędzi numerycznych. Publiczność zrozumiała i przyjęła, że prof. Binienda przedstawił starannie wykonane badania.

Dla odmiany prof. Malec kiepsko ocenia jakość pracy ekspertów komisji Millera. Na uwagę dziennikarza, cytującego Macieja Laska,szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, który stwierdził, że nie zna momentu bezwładności tupolewa i ta wiedza nie jest mu do niczego potrzebna prof. Malec odpowiedział następująco:

 To zdumiewające oświadczenie. Rodzi się pytanie, co w ogóle pan Lasek robi w Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i co robił w komisji, która badała katastrofę smoleńską, w której zginęła czołówka polityczna naszego państwa. Trudno nawet uwierzyć w to, że coś takiego powiedziała osoba publiczna, która była i jest odpowiedzialna za badanie tego typu zdarzeń.

Prof. Malec nie ma także wiekszych nadziei na otwartą polemike ekspertów komisji Millera z tezami prof. Biniendy. Dlaczego?

Ponieważ nie jestem pewien, czy ci eksperci są w stanie merytorycznie się do tych tez odnieść. Poza tym prof. Binienda podważa tezę serwowaną przez komisję Millera, otwarta dyskusja byłaby im nie na rękę, uderzałaby w ich teorie, ich kariery, możliwość pozyskiwania grantów. Niestety, w pewnych dziedzinach my, tj. polscy naukowcy, bardzo odstajemy od czołówki światowej. Przypuszczam, że te narzędzia numeryczne, które zastosował pan profesor, plasują się właśnie w tej czołówce. Jest więc całkiem niewykluczone, że środowisko komisji Millera tych narzędzi nie zna i nie rozumie. Oni nie są w stanie z tych narzędzi nawet skorzystać.

Dosyć przygnębiająca ocena. Co jednak ze spieszącymi na pomoc innymi wolontariuszami, jak „profesor z licencją na awionetkę” prof. Paweł Artymowicz z Kanady? I tutaj prof. Malec nie ma dobrych wiadomości:

Jego kompetencje są mniej więcej takie jak moje. Nie miałbym odwagi wypowiadać się publicznie na ten temat. Na jego miejscu nie wdawałbym się w polemikę z prof. Biniendą. Gdybym miał się tą kwestią zająć, potrzebowałbym pięciu lat, by dojść do tego poziomu badań, które już osiągnął prof. Binienda, który jest inżynierem, technologiem i który pewnych narzędzi używa od dziesięcioleci.

Prof. Malec dosyć obcesowo potraktował także Jana Osieckiego:

Samozwańczy ekspert od katastrof Jan Osiecki nazwał prof. Witakowskiego "akolitą Biniendy".


Osiecki to nie jest żaden specjalista, ale dziennikarz, być może nawet to słowo jest tu pewnym nadużyciem. Wydaje mi się, że on nie ma nic do powiedzenia, więc nie należy go ani słuchać, ani czytać.

Prof. Malec to jednak astrofizyk, który otwarcie stwierdza, że jego kompetencje w tej materii podobne są do kompetencji Artymowicza, czyli zbyt mało by rzeczowo ocenić prace prof. Biniendy. Co jednak ze specjalistami, którzy mają takie kometencje? Jednym z nich jest bez wątpienia jest prof. dr hab. inż. Jacek Rońda z Wydziału Inżynierii Metali i Informatyki Przemysłowej Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w Krakowie, kierownik Pracowni Projektowania Materiałów AGH. Prof. Rońda w rozmowie z Naszym Dziennikiem [2] przedstawił swoje imponujace doświadczenie w dziedzinie metody elementów skończonych:

Metodą elementów skończonych zajmuję się od 1973 roku. Wtedy napisałem pierwszy program komputerowy na MES. Studiowałem ten problem w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk, współpracowałem też z Instytutem Matematycznym PAN, gdzie słuchałem wykładów prof. Andrzeja Wakulicza, najlepszego wówczas specjalisty matematyka w dziedzinie metod numerycznych w Polsce. Metody te są moim ukochanym rejonem badań. Metoda elementów skończonych jest jedną z wielu, jakie oferują metody numeryczne. Osobiście zbudowałem trzy takie systemy metody elementów skończonych. W 1986 roku, w ramach współpracy z prywatną firmą komputerową, w której byłem dyrektorem ds. produkcji, przyczyniłem się do powstania pakietu O.K. MES. Drugi powstał, kiedy wyjechałem z Polski w 1986 r. do Hamburga, gdzie pracowałem na Technische Universität Hamburg-Harburg. Tam stworzyłem oprogramowanie na bazie MES do symulacji spawania pod wodą - program nazywał się TF 3D, było to ważne osiągnięcie w dziedzinie ratownictwa podwodnego. W programie uczestniczyli naukowcy uniwersytetów francuskich, niemieckich i szwedzkich. Program ten był stosowany między innymi przez firmę Halliburton. W 1993 r., kiedy przebywałem na emigracji w Republice Południowej Afryki, opracowałem oprogramowanie, które było częścią programu tworzonego przez francuską firmę FRAMATOME. FRAMATOME jest francuskim kartelem zbrojeniowym, który produkuje m.in. broń nuklearną i elektrownie atomowe. Było to oprogramowanie, które służyło do symulacji procesów spawania korpusów silników turbinowych i rurociągów w elektrowniach atomowych. W Republice Południowej Afryki "wychowałem" czterech profesorów, którzy zajmują się MES w mechanice ciała stałego. Używaliśmy między innymi programu LS-DYNA. MES jest głównym narzędziem badawczym moich wychowanków. To świat stworzony przez matematyków, fizyków inżynierów. W tym świecie można analizować zachowanie konstrukcji pod wpływem obciążeń bez konieczności wykonywania pełnego zakresu eksperymentów z udziałem prototypów konstrukcji. Ten świat jest określony przez podstawowe prawa fizyki, metalurgii, chemii itd. i analizy matematycznej. W tym świecie prawda, czyli poprawne rozwiązanie, jest obiektywne w sensie praw fizyki i twierdzeń matematycznych.

Prof. Rońda bez wątpienia ma kompetencje, by fachowo oceniać prace prof. Biniendy. Zatem:

Jak ocenia Pan, jako naukowiec, jakość obliczeń prof. Biniendy?

Jako właściwe. Wybór modeli materiałów, jakich dokonał pan prof. Binienda, był prawidłowy. Tak samo jak ustanowienie warunków początkowych i brzegowych. Profesor Binienda zastosował elementy powłokowe lotnicze oraz przeprowadził analizę wrażliwości rozwiązania na zmianę warunków brzegowych w modelu zadania kontaktowego. To mnie całkowicie usatysfakcjonowało.

Podkreślić należy, że prof. Rońda jeszcze przed przyjazdem prof. Biniendy do kraju korespondował z nim dyskutując o szczegółach jego symulacji wraz z dr. Włodzimierzem Abramowiczem, który był jednym z najlepszych na świecie specjalistów od zagadnień kontaktowych, czyli od zagadnień zderzenia obiektów, takich jak statki, samoloty i pojazdy. Co ciekawe, chcieli oni przygotować symulacje podobną do tej prof. Biniendy, niestety śmierć dr. Abramowicza przerwała te plany. Co z warunkami brzegowymi, przyjetymi w modelowaniu Biniendy, które bez przerwy wałkują jego internetowi krytycy?

Owe warunki brzegowe, o które pytałem pana prof. Biniendę, odwzorowują właśnie problem kontaktowy między tą słynną pancerną brzozą i skrzydłem. Chodzi o zachowanie konstrukcji, czyli skrzydła, w czasie zderzenia. Profesor Binienda uwzględnił w swoich obliczeniach nawet tzw. efekt darcia poszycia skrzydła. To bardzo istotna kwestia przy analizie zaawansowanej deformacji konstrukcji z równoczesnym uwzględnieniem jej destrukcji.

Prof. Rońda wyraża także swoje wątpliwości wobec oficjalnej fizyki znanej z raportów MAK i komisji Millera:

Jestem specjalistą od zagadnień kontaktowych, istotna jest dla mnie fragmentacja kadłuba, ruch obiektów znajdujących się w jego wnętrzu i skutki zderzenia z przeszkodą. Mogę tu powiedzieć jasno - ziemia, podmokły grunt nie jest katapultą, który wystrzeliwuje szczątki obiektu zderzającego się z nią i rozrzuca je na obszarze ponad hektara. Według raportów MAK i komisji Millera kadłub samolotu zderzył się z podmokłym gruntem, ale prawa fizyki wskazują na to, że ten nie powoduje fragmentacji konstrukcji na drobne kawałki, jak np. upadek kryształowego wazonu na betonową posadzkę. Widać to było na przykładzie deformacji wagonów w niedawnej katastrofie kolejowej w Polsce, gdzie względna prędkość wynosiła około 210 km/h i była niewiele mniejsza niż prędkość Tu-154 w krzakach smoleńskich nazywanych lotniskiem Siewiernyj. Jest to dla mnie problem, z którym nie jestem w stanie sobie poradzić, ściśle interpretując prawa fizyki i mechaniki kontaktowej. Wiem, że samolot leciał z prędkością ponad 230-280 km/h, zderzył się z podmokłym gruntem i rozpadł na mniejsze i większe kawałki. Ta fragmentacja nie jest zgodna z moim wyobrażeniem o mechanice zniszczenia w tamtych warunkach. Taki grunt może przejąć więcej energii niż np. beton, to znaczy, że może zmniejszyć koncentrację energii w konstrukcji, zmniejszyć prędkość odkształcenia elementów konstrukcji, co powinno zadziałać jako podatny zderzak w samochodzie. Ten schemat zniszczenia, jaki wyłania się z raportów, nie jest zgodny z dokumentacją fotograficzną.

Zachęcam do przeczytania obydwu rozmów, bo warto. Podkreślić należy, że wymienieni profesorowie otwarcie prezentują swoje opinie. Wielu myśli podobnie, ale obawia się otwarcie ujawniać swoje zdanie. W atmosferze, gdzie zbyt dociekliwe i bardziej dokładne pytania o techniczny przebieg katastrofy etykietuje się jako „niebezpieczną politykę” odwaga profesorów, którzy ryzykują falę wściekłych donosów do władz swojej uczelni, musi budzić szacunek.

-----------------------------------------------------------------

Przypisy:

1. Narzędzia Biniendy za trudne dla Laska, Nasz Dziennik, 2-3 czerwca 2012.

2. Lasek skończył tam, gdzie trzeba zacząć, Nasz Dziennik, 9-10 czerwca 2012.

Peemka
O mnie Peemka

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Rozmaitości