Pancerna brzoza w Smoleńsku, która miała jakoby urwać część lewego skrzydła Tu-154 znowu jest na topie. Z dwóch powodów. Pierwszy to nagły przypływ zainteresowania naszym drzewem ze strony polskiej prokuratury. Prasa doniosła, że zespół prokuratorów i ekspertów udał się do Smoleńska by dokonać nie tylko "oględzin" brzozy, ale i jej dokładnych badań. Najwyraźniej oficjalna narracja przechodzi w kolejny etap prawdy. Przez dwa i pół roku zapewniano nas, że przyczyną dla której nie przeprowadzono żadnych badań brzozy ani skrzydła (czy szerzej wraku) samolotu był fakt, że faktyczna przyczyna tragedii "miała miejsce wcześniej" i w związku z tym żadne tego typu badania nie były potrzebne. Taką narrację przedstawił m.in. dr inż. Maciej Lasek, obecny przewodniczący PKBWL. Co się zatem zmieniło, że nagle, po dwóch i pół roku zespół ekspertów za publiczne pieniądze udaje się do Smoleńska, by przebadać brzozę, co trzeba było zresztą zrobić znacznie wcześniej? Nagle można, a nawet trzeba, uzyskano nawet pozwolenie od towarzyszy radzieckich. To jak to jest panowie, najpierw zapewniacie, że żadne badania brzozy potrzebne nie są, by następnie zaprzeczać tym zapewnieniom i takie badania poniewczasie przeprowadzać? Oficjalna narracja widać nie nadąża za biegiem wypadków. Jej fundamenty okazały się tak słabe, że nawet najtwardsi pancernobrzozowcy mogą nie wytrzymać bolesnego faktu, że żadnych badań fizycznych danych po katastrofie po prostu nie przeprowadzono.
Drugi powód to zaskakujące informacje z prezentacji prof. Kaziemierza Nowaczyka z Uniwersytetu Maryland na temat raportu firmy ATM, konstruktora rejestratora szybkiego dostępu, na podstawie którego odtwarzano parametry lotu. Pozwolę sobie zacytować:
"ATM twierdzi, że samolot zderzył się z brzozą i oblicza czas tego zderzenia, podając informacje, które są dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem, bo są zaprzeczeniem stanu faktycznego. Na przykład mówi, że skrzydło samolotu odłamało się ok. 1,5 sekundy po zderzeniu z brzozą".
To duża niespodzianka z co najmniej czterech powodów. Po pierwsze, dotychczas uznawano, że to brzoza przecięła skrzydło, a nie na odwrót. Drzewo zwalić się miało chwilę później pod cieżarem własnej korony - poprzecznie do kierunku lotu samolotu - skutkiem uszkodzenia pnia w wyniku uderzenia skrzydła i być może podmuchu przelatującego samolotu. Raport ATM podważa tę historyjkę.
Po drugie, wynika z niego, że skrzydło po oderwaniu musiało polecieć nie do przodu, tylko do tyłu. Fragment lewego skrzydła znaleziony został 111 metrów od brzozy. Przy znanej prędkości postępowej samolotu około 78 m/s skrzydło musiało zatem odpaść 117 metrów za brzozą. Co spowodowało lot oderwanej końcówki lewego skrzydła przeciwnie do kierunku lotu samolotu? Narzucająca się odpowiedź to, że w Smoleńsku tego dnia obowiązywały inne prawa fizyki. Nauka radziecka zna takie przypadki. Jednak przy ryzykownym założeniu, że nawet w Smoleńsku obowiązują prawa mechaniki klasycznej hipoteza, że skrzydło podróżowało wstecz skutkiem fali uderzeniowej nie jest niczym nierozsądnym (sugerował to już dr inż. Grzegorz Szuladziński). Dodatkowo, raport ATM pośrednio potwierdza modelowanie przeprowadzone przez profesorów Biniendę i Brauna: nie ma szansy, aby przy swobodnym locie końcówki skrzydła przeleciała ona dystans 111 metrów.
Po trzecie, odpadnięcie skrzydła półtorej sekundy po uderzeniu w brzozę zupełnie podważa dynamikę półbeczki, jaką miał rzekomo wykonać tupolew w wyniku utraty na brzozie części skrzydła. Przypomnijmy, że jej dynamikę wyznaczono na podstawie opracowania rosyjskiego fotoamatora Siergieja Amielina powstałego na podstawie zdjęć ściętych gałązek. Astrofizyk, prof. Paweł Artymowicz dopasowując zachowanie się samolotu do ściętych gałązek spekulował, że aby takie dopasowanie było zadawalające potrzebne jest w momencie utraty skrzydła na pancernej brzozie początkowe przyspieszenie kątowe rzędu ponad 80 st/s^2, które w ciągu około sekundy musi spaść do zera. Jeśli jednak skrzydło zachowało się w całości do półtorej sekundy po uderzeniu w brzozę, oznacza to, że wszystkie spekulacje o "nierównowadze sił nośnych" i gwałtownym przechyle skutkiem utraty fragmentu lewego skrzydła biorą w łeb.
I po czwarte wreszcie, raport ATM uprawdopadabnia tezę, że katastroficzne zdarzenia zaszły nie przy brzozie, ale właśnie 100-150 metrów za nią (w kierunku miejsca upadku samolotu). W okolicach, gdzie zarejestrował się TAWS nr 38.
Dzieje się zatem dużo: polscy śledczy poniewczasie przepraszają się z pancerną brzozą, zaś według raportu specjalistów z ATM, streszczonego przez prof. Nowaczyka, to jednak skrzydło przecięło brzozę, a nie odwrotnie. Najwyraźniej nawet w oficjalnych narracjach pancerna brzoza zaczyna tracić swoje mityczne moce.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)