… jest szary, smutny i nudny. Zwłaszcza w sobotni wieczór na wschodniej stronie Ściany Wschodniej.
Wszystko dlatego, że jak kretyn ostatni postanowiłem zgodzić się na naprawienie telewizora. Po tym jak się w sierpniu ubiegłego roku zepsuł, po pierwszym tygodniu ostrych objawów odstawienia, w ogóle mi tego pudełka nie brakowało. Niestety znajomy, aż z Krakowa, który co jakiś czas do mnie wpada, nie mógł zrozumieć, że można żyć bez telewizora. No i wziął go do siebie, do firmy i już w marcu roku bieżącego przywiózł w postaci naprawionej.
Pierwsze tygodnie z telewizją nie były łatwe. Półroczną lukę w fabule „Klanu” wypełniłem sobie już po tygodniu. Z „Plebanią” nie było letko. Trzeba było mniej więcej miesiąca. Najgorzej jest z „Na dobre i na złe” – niektórych międzyodcinkowych wątków do dzisiaj nie kumam :(.
Przychodzą jednak takie majowe wieczory jak dzisiejszy. W pierwszym programie niekoalicyjnej telewizji kompletnie bezsensowny film z Edkiem Merfim, w drugim produkują się muzyczni amatorzy, u Solorza mecz piłki kopanej (za którą nie przepadam programowo – jak sobie niezależne, pozarządowe struktury zrobią porządek w PZPN-ie, to będę zwiększał oglądalność przed, po i w trakcie transmisji).
Innych programów z drucianej anteny nie ma. Mimo, że przez okno widzę światła masztu jednego z RTCN-ów. Żeby się nie stresować nawet w sieci nie sprawdzam jakie atrakcje, serwowane przez główny kanał rządowej telewizji, mnie omijają. Jeszcze bym impulsywnie postanowił talerz zakupić. Który na wiejskiej, drewnianej chałupie wygląda co najmniej głupio. No i stanie się o wiele mniej potrzebny po przejściu naziemnej telewizji na kodowanie cyfrowe.
Kto wie, czy w tej całej cyfryzacji nie chodzi o to, żebym mógł TVN z pokojowej anteny odbierać. Pewnie w pakiecie z dwudziestym czwartym.
Apage!
;)


Komentarze
Pokaż komentarze (28)