0 obserwujących
29 notek
59k odsłon
58 odsłon

Artur Kmieciak: Czego Linux może nas nauczyć... cz.2

Wykop Skomentuj4
„Im więcej użytkowników tym więcej błędów zostanie odkrytych, ponieważ nowi użytkownicy wnoszą ze sobą różne podejścia do programu. Efekt zwiększa się kiedy użytkownicy są programistami. Każdy podchodzi do problemu określenia błędu z nieco inną percepcją i zestawem narzędzi analitycznych, widzi problem pod innym kątem”. - prawo Linusa.

W swoim czasie – nie tak zresztą odległym – zapał reformatorski ustawodawcy przejawił się w kolejnej nowelizacji przepisów prawa karnego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo bardzo często reformatorski zapał ustawodawcy przejawia się właśnie w kolejnych nowelizacjach prawa karnego, gdyby nie to, że tym razem stał się przyczyną „zagubienia” w projekcie ustawy tzw. przepisów przechodnich. Ta „usterka”, jeśliby ją odnieść do pojęć militarnych, to porównywalna do tej jaka mogłaby się przydarzyć dowódcy floty, który „gubi” lotniskowiec, otóż ta drobna usterka mogła kosztować podatnika olbrzymie pieniądze wynikające z konieczności przeniesienia setek toczących się procesów karnych do sądów wyższej instancji, co byłoby równoznaczne z ich rozpoczęciem na nowo.

Takich przykładów „luk w prawie” jest wiele i problemem jest nie tylko to, że w ogóle występują, ale także i to że dowiadujemy się o nich wtedy, kiedy jest już zazwyczaj za późno, kiedy wyrządziły już szkody, które trudno naprawić, o ile w ogóle jest to jeszcze możliwe. Jednym ze środków zaradczych może być pomysł wykorzystania w procesie kontroli stanowienia prawa dorobku ruchu wolnego oprogramowania, o którym to miałem okazję pisać w pierwszej części.

Przypomnijmy zatem, że chodzi o poddanie procesu stanowienia prawa społecznej kontroli poprzez wykorzystanie zaangażowania samych obywateli przy wykorzystaniu tych możliwości jakie stwarza Internet. Dzięki pracy, współpracujących ze sobą poprzez sieć, tysięcy ochotników (choć dodajmy, że wysoko wykwalifikowanych ochotników) oszałamiający sukces odniósł system operacyjny GNU/Linux i inne projekty takie jak przykładowo Mozilla, sukces jaki, w przekonaniu wielu specjalistów, nie miał prawa się zdarzyć.

W pierwszej części zaproponowałem wykorzystanie doświadczeń zebranych przez niezależnych programistów przy realizacji powyższych projektów w zupełnie innej dziedzinie – w procesie stanowienia prawa, a mówiąc ściśle w procesie monitoringu stanowienia prawa. Pierwszym, zasadniczym problemem z jakim trzeba się było zmierzyć dotyczył tego, czy doświadczenia programistów są w ogóle przydatne w procesie tak złożonym i tak radykalnie odmiennym, jakim wobec projektowania i tworzenia oprogramowania, jest proces stanowienia prawa? Czy doświadczenia ludzi piszących oprogramowanie jest w ogóle „przekładalne” na doświadczenia i potrzeby ludzi tworzących normy prawne? Jest to zresztą podstawowy zarzut jaki stawiany był w komentarzach do cześć pierwszej, że autor miesza rzeczy do siebie nieprzystające, że proces tworzenia prawa jest czymś jakościowo odmiennym od procesu tworzenia programów komputerowych, że norm prawnych nie da się przecież wyrazić w języku zlogarytmizowanej logiki jakim w gruncie rzeczy jest zapis kodu źródłowego programu komputerowego.

Trudno nie zgodzić się z powyższymi zastrzeżeniami i to tym bardziej, że nie dotyczą one tak naprawdę istoty mojego skromnego projektu. Nie chodzi w nim bowiem o przekazanie procesu stanowienia prawa w ręce zaangażowanych, współpracujących przez sieć aktywistów, tylko o wykorzystanie siły Internetu do monitorowania procesu stanowienia prawa, do jego upublicznienia, do osiągnięcia tego, aby był procesem choć trochę bardziej przejrzystym, czy też jak to się ostatnio mówi – transparentnym.

Wyraziłem (bardzo ostrożne zresztą) przypuszczenie, że być może warto spróbować, że spektakularny sukces jaki odniosła społeczność niezależnych programistów jest doświadczeniem, któremu warto się przyjrzeć, choć co oczywiste, przyjrzeć krytycznie. Nigdy bowiem nie twierdziłem, że doświadczenia te można przenieść automatycznie, że pisanie oprogramowania niewiele się w gruncie rzeczy różni od tworzenia norm prawnych, choć wspomniałem o „intelektualnym pokrewieństwie” jakie, zdaniem twórców licencji GPL, istnieje między zapisem kodu programu, a zapisem normy prawnej. Nawet jeśli takie pokrewieństwo rzeczywiście istnieje to jest jasne, że projektowanie i pisanie instrukcji matematycznych jest czymś zasadniczo odmiennym od tworzenia norm prawnych.

Przyjmijmy zatem, że nie chodzi o projektowanie ustaw „przez Internet” tylko o wykorzystanie możliwości jakie pojawiły się wraz z rozwojem globalnej sieci tak, aby się temu projektowaniu uważniej przyjrzeć. I jeśli będzie taka potrzeba także dorzucić swoje trzy grosze. Niezobowiązująco.

Załóżmy, że pojawia się potrzeba istotnej nowelizacji jednej z ustaw. Rozpoczyna się praca nad założeniami projektu, następnie gotowy projekt jest przekazywany do konsultacji. Co najmniej od tego etapu projekt taki może być publicznie dostępny i może się stać przedmiotem publicznej dyskusji. Jest to dobry moment na włączenie się do akcji naszej fundacji, a właściwie organizowanych przez nią ochotników. Oczywiście wszystko ma się odbywać wedle ustalonego uprzednio porządku. Inaczej prowadzenie dyskusji o projekcie jakiejkolwiek ustawy, gdzie potencjalnie każdy zainteresowany ma prawo do dorzucenia swoich trzech groszy to najlepsza recepta na kompromitację całego projektu. Fundacja, jak to zostało juz kilka razy podkreślone, ma organizować pracę ochotników co oznacza, że to ona, a konkretnie jej władze (zarząd, rada fundacji) określają zasady, wedle których praca ta ma być wykonywana.

Niestety bez pewnej dozy arbitralności nie będzie się można obejść – fundacja wyznacza osoby odpowiedzialne za realizację konkretnego projektu, osoba ta, nazwijmy go liderem projektu, dobiera grono współpracowników, z którymi to ustala zasady współpracy i harmonogram prac. Współpraca odbywa się zdalnie za pośrednictwem sieci co zdecydowanie obniża ewentualne koszty całego przedsięwzięcia (wyobraźmy sobie koszty funkcjonowania postulowanej przez RPO Rady Stanu – porównywalne z kosztami funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego). Do prac może przyłączyć się dosłownie każdy, jedynym kryterium decydującym o udziale w projekcie będzie kryterium kompetencji. Weryfikacja kompetencji każdego uczestnika będzie natychmiastowa – efekt jego pracy będzie dostępny od ręki w sieci, gdzie poddany będzie tej samej analizie co i sam projekt ustawy.

Taka publiczna „obróbka” projektów ustaw wcale nie sprowadzałaby się jedynie do tego czym miałaby się, w projekcie RPO, zajmować Rada Legislacyjna, a mianowicie „techniczną” poprawnością projektowanych ustaw. Poddanie określonego projektu pod publiczną debatę pozwoli na jego prawdziwie wszechstronną ocenę - także pod względem praktycznym. Autorom projektu jest niezwykle trudno, o ile jest to w ogóle możliwe, przewidzieć wszystkie, praktyczne konsekwencje wprowadzenia danej ustawy w życie.

Odwołajmy się w tym momencie po raz kolejny do doświadczeń twórców wolnego oprogramowania. Przypomnijmy, że przywoływany już wcześniej Eric Raymond sformułował pewną prostą zasadę, którą zdefiniował jako „prawo Linusa”. Sprowadza się ono do spostrzeżenia: „Gdzie wiele oczu tam łatwiej dojrzeć pluskwy” (oczywiście chodzi o błędy w kodzie programu komputerowego, a nie o insekty). „Im więcej użytkowników tym więcej błędów zostanie odkrytych, ponieważ nowi użytkownicy wnoszą ze sobą różne podejścia do programu. Efekt zwiększa się kiedy użytkownicy są programistami. Każdy podchodzi do problemu określenia błędu z nieco inną percepcją i zestawem narzędzi analitycznych, widzi problem pod innym kątem”. Poddanie projektów ustaw działaniu „prawa Linusa” pozwoli na przewidzenie jeśli nie wszystkich, to z pewnością bardzo wielu, praktycznych skutków wejścia w życie określonych rozwiązań.

Dla Raymonda „prawo Linusa” stanowi kwintesencję bazarowego modelu zarządzania projektami informatycznymi. Inaczej niż w przypadku scentralizowanego modelu katedralnego, w którym problemy związane z błędami w oprogramowaniu są trudne do rozwiązania, w modelu bazarowym trudności te okazują się trywialne. Model, w którym proces poszukiwania i usuwania błędów w oprogramowaniu pozostawiony jest „tysiącom oczu” nie załamuje się nawet pod ciężarem złożoności problemów jaki, przynajmniej teoretycznie, musi za sobą pociągnąć udział w przedsięwzięciu tak wielu uczestników. Dzieje się tak miedzy innymi z tego powodu, iż aczkolwiek proces „odpluskwiania” wymaga wprawdzie bezpośredniego kontaktu poszczególnych programistów z osobą koordynatora to jednak nie wymaga żadnej specjalnej koordynacji pomiędzy poszczególnymi „poszukiwaczami pluskiew”.

Jeśli zatem taką prawniczą „pluskwą” miałaby być opisana powyżej luka prawna to można założyć, że luka ta poddana uważnej obserwacji „tysiąca oczu”, wcześniej czy później, zostałaby ujawniona i ktoś musiałby się dużo tłumaczyć z jej obecności. Ośmielam się przypuszczać, że nawet wcześniej niż później. W każdym razie przed przeprowadzeniem nowelizacji.

Nie jest także wykluczone, że aktywność uczestników projektu nie musiałaby się ograniczyć jedynie do wyszukiwania błędów, że polegałaby także na opracowywaniu własnych propozycji, a doświadczenie uczy, że jest wystarczająco wielu aktywnych w sieci specjalistów różnych dziedzin, których wiedza i doświadczenie mogłoby się okazać niezwykle przydatne. Czym innym zresztą są konsultacje społeczne projektów ustaw jak nie pewną formą udziału w procesie stanowienia prawa? Przynajmniej w założeniu, bo praktyka uczy, że wyniki tych konsultacji mają niewielki wpływ na kształt samych projektów, że same konsultacje traktowane są przez administrację jako uciążliwy i nieistotny etap procesu legislacyjnego, który choć ostatecznie nieistotny, to jednak przydatny o tyle, o ile można się wykazać właśnie tym, że projekt poddany był jednak „konsultacjom”. Dzieje się tak dlatego, że same konsultacje, sprowadzające się zazwyczaj do wyrażenia opinii przez taką, czy inną organizację pozarządową dzielą los wszystkich dokumentów tyleż cennych co nieprzydatnych. Nie zmienia nawet tego fakt, że dokumenty takie są publikowane na stronach internetowych takich pozarządowych organizacji, bo z natury rzeczy docierają do bardzo ograniczonego kręgu odbiorców.

Centralne repozytorium, logicznie powiązanych ze sobą dokumentów elektronicznych, które dzięki właściwym wykorzystaniu metadanych oferuje odpowiednie mechanizmy wyszukiwawcze mogłoby być już czymś jakościowo innym. Repozytorium takie nie musiałoby być zresztą budowane od podstaw, mogłoby korzystać z już tworzonych zasobów archiwów cyfrowych administracji publicznej i korzystać z już wypracowanych reguł struktury dokumentów elektronicznych dodając jedynie dodatkowe reguły dotyczące logicznych powiązań między dokumentami. Użytkownik repozytorium chcąc sprawdzić przebieg całego procesu legislacyjnego danego aktu prawnego w kilka sekund miałby do dostęp do całej jego „historii”, począwszy od założeń wstępnego projektu poprzez etap konsultacji, po „obróbkę” parlamentarną.

Należy jednak podkreślić, że nie chodzi tylko i wyłącznie o zebranie w jedno miejsce informacji, które w chwili obecnej rozproszone są w różnych miejscach, choć oczywiście chodzi także i o to. Rzeczą ważniejszą jest bowiem obywatelski aspekt całego przedsięwzięcia, to aby w proces stanowienia prawa, a może ściślej w proces monitorowania jego stanowienia, włączyć obywateli na tej samej zasadzie jak w proces tworzenia wolego oprogramowania włączono tysiące niezależnych specjalistów z całego świata.

W dotychczasowym modelu stanowienia prawa wpływ poszczególnego obywatela na jakość i przebieg procesu legislacyjnego jest praktycznie zerowy. Sytuację mogą zmienić narzędzia nowoczesnej komunikacji, w szczególności Internet. Chciałbym jednak podkreślić, że w założeniu ma to być projekt niezwykle skromny – na początek wystarczy platforma budowana na wzór portali społecznościowych tak popularnych w dzisiejszym Internecie. Platforma ta utrzymywana ze środków fundacji miałaby być przestrzenią, w której projekty przepisów prawnych poddawane byłyby publicznej dyskusji, gdzie obok samych projektów publikowano by opinie dotyczące ich założeń, gdzie poprzez swobodną wymianę poglądów analizowano by skutki nowych regulacji, a także poszukiwano rzeczywistych przyczyn, dla których ustawodawca widzi potrzebę ich wprowadzenia, a szczególnie tych wszystkich sytuacji, w których potrzebę taką widzi ktoś inny niż ustawodawca.

Ten ostatni przykład dotyczy zjawiska, które może stanowić największe zagrożenie dla samego projektu czyli zjawiska lobbingu. Nie można wykluczyć, że podjęte zostaną próby wykorzystania projektu dla przeforsowania wygodnych dla niektórych rozwiązań prawnych i zagrożenia tego nie można lekceważyć. Z drugiej jednak strony jawny, publiczny charakter całego przedsięwzięcia może być skutecznym przed tym zabezpieczeniem. Może warto spróbować.

Artur Kmieciak - od 1996 r. prowadzi Indywidualną Kancelarię Adwokacką w Łodzi. Specjalizuje się w zagadnieniach prawa nowoczesnych technologii, w szczególności problematyką dotyczącą kryptografii oraz bezpieczeństwa sieciowego. W ostatnim czasie zajmuje się problematyką podpisu elektronicznego, ze szczególnym uwzględnieniem wdrożenia bezpiecznego podpisu elektronicznego w administracji publicznej. Jest osobą odpowiedzialną przez Prezydium Naczelnej Rady Adwokackiej za przygotowanie projektu wdrożenia bezpiecznego podpisu elektronicznego w polskiej adwokaturze.

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale