W końcu udało mi się obejrzeć sławetne "Źródło" Darrena Aronofsky'ego. Trudno tu pisać o swoich odczuciach wobec takiego filmu. Symbolika jest tutaj dość łatwa do odgadnięcia, niemniej jednak tych symboli jest tak wiele, że człowiek może się pogubić. Przez to dzieło twórcy "Pi" może wydawać się zwykłemu widzowi dość ciężko strawne.
Film jest opowieścią o podróży człowieka do oświecenia, do pogodzenia się z własnym losem, do pogodzenia się z faktem śmierci. Ukazane jest to w sposób niezwykle malowniczy. Strona plastyczna filmu to istny majstersztyk. Aronofsky specjalnie i świadomie zrezygnował z efektów komputerowych na rzecz zobrazowania pewnych rzeczy za pomocą reakcji chemicznych na mini talerzach. Efekt jest piorunujący, ale nie jest to przerost formy nad treścią. Paradoksalnie tych efektów jest tyle, ile ma być.
Jednym z największych atutów filmu jest - jak już wspomniałem w moim innym poście - wspaniała muzyka Clinta Mansella. Ten człowiek ma naprawdę talent do tworzenia klimatycznej, poruszającej emocje muzyki. Udowodnił on to już przy "Pi" i "Requiem dla snu". W "Źródle" ten talent wybuchnął ze wzmożoną siłą.
Na uwagę zwrcają też cudowne zdjęcia Mathew Libatique'a. Sprawa ma się podobnie jak w przypadku Mansella.
Co do ról, to należy przyznać, że były one zagrane poprawnie, jednak bez większych rewelacji, chociaż brawa należą się dla Rachel Weisz i Hugh Jackmana.
Czy polecam ten film? tak, polecam, dla ogólnej refleksji nad życiem i śmiercią.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)