Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Donald Tusk chce uregulować prawnie kwestie zabiegów in vitro, w tym ich refundacji, byłem pełen uznania, mimo, iż sam Premier nie należy do moich ulubieńców. Zważywszy, że jest to bardzo drażliwa kwestia dla polskiego kościoła katolickiego, próba podjęcia przez budżet państwa wyzwania, jakim jest leczenie niepłodności wielu tysięcy par było zadaniem niełatwym. Dziś już wiadomo, że rząd Tuska, także w tym przypadku, wyzwaniu i odpowiedzialności jaką sam sobie wyznaczył, nie sprostał. Mój optymizm i szacunek dla decyzji Tuska związanej z próbą uregulowania kwestii zapłodnienia pozaustrojowego, z każdym dniem toczącej się wokół in vitro dyskusji, ustępował przekonaniu, że im dłużej będą trwały prace nad ustawą, tym mniejsze szanse, że skończy się to dobrą wiadomością dla osób pragnących dziecka, a którym współczesna medycyna pozwala na spełnienie marzeń.
Stało się to, co można było de facto przewidzieć. W tej niezwykle ważnej społecznie sprawie, premier Tusk, tak jak zwykł postępować w przypadku spraw trudnych, także tym razem w ostatnim momencie uciekł od odpowiedzialności. Pierwszym tego symptomem było przekazanie projektu do klubu PO i uznanie, że jego ewentualne wniesienie pod obrady sejmu będzie miało wymiar projektu sejmowego a nie rządowego. Co i tak, biorąc pod uwagę poczynania posła Gowina, wydawało się znaczącym postępem. Dziś już wiadomo, że projektu refinansowania zabiegów in vitro i specjalnej ustawy regulującej kwestie zapłodnienia pozaustrojowego po prostu nie będzie. A na pewno nie w roku wyborczym i w roku wyborów prezydenckich. Pary, których nie stać na ten zabieg, częstokroć będący jedyną szansą na posiadanie genetycznego potomstwa, będą musiały się uzbroić w cierpliwość.
W tym miejscu warto wspomnieć, że w dyskusji o in vitro nie chodzi o zabijanie, lecz o dawanie życia. Wyjątkowo haniebne jest mówienie, że in vitro to wysublimowana forma aborcji. Setki par, które są niepłodne, niekiedy przez wiele lat muszą walczyć o posiadanie dziecka i to nie tylko z brakiem zrozumienia otoczenia, walką o środki na zabieg i psychicznym cierpieniem za każdym razem, gdy na teście ciążowym wciąż pojawia się tylko jedna kreska, zamiast dwóch upragnionych. Dzisiejsza medycyna daje im szansę. A jeśli jeszcze przyjmiemy za światową organizacją zdrowia, że niepłodność jest chorobą, to obowiązkiem państwa polskiego, tak jak jest to w całym cywilizowanym świecie, jest zapewnienie: po pierwsze, środków na refundację zabiegów in vitro, po drugie, uczynienie wszystkiego, aby zwiększyć szansę niepłodnych par na możliwie szybkie i bezbolesne uzyskanie potomstwa. A to znaczy, że w nowej ustawie powinny być zapisy umożliwiające mrożenie zarodków oraz badania preimplantacyjne.
Kolejna sprawa, to jakże często pomijana, ale też wielokrotnie powracająca w komentarzach o in vitro obsesyjna myśl, o życiu poczętym, która przysłania cierpienia i dbałość o zdrowie kobiet poddanych stymulacji hormonalnej. Warto o tym pamiętać, bowiem żaden tego typu zabieg nie pozostaje obojętny dla zdrowia kobiety. Wiąże się to nierozerwalnie z propozycją zakazu mrożenia zarodków (przewidywał to projekt Gowina), czyli w przypadku przystąpienia przez niepłodną parę do procedury in vitro każdorazowo konieczność pobrania komórek jajowych z organizmu kobiety, czyli punkcja.
Jeżeli istnieją medyczne możliwości, aby niepłodne pary posiadały potomstwo, były szczęśliwe i stanowiły w ich rozumieniu pełne rodziny, to obowiązkiem państwa jest umożliwienie im osiągnięcia szczęścia – stworzenie takich ram prawnych, w których zapewnia się realizację możliwości pełnego dostępu do osiągnięć współczesnej medycyny. Każdy bowiem ma wybór. In vitro jedynie stwarza szansę, z której osoby mające inne przekonania, wynoszące je z nauki kościoła bądź innych przekonań, nie muszą korzystać.
Nie można jednocześnie zabierać obywatelom tego, z czego już korzystają. Wywołanie dyskusji a potem powierzenie tworzenia ram prawnych dla usystematyzowania procedury in vitro Gowinowi, stanowiło milowy krok wstecz, którego skutki mogły być opłakane, zarówno jeśli chodzi o liczbę i skuteczność zabiegów in vitro, ale też znacząco, mimo wszystko, mogły ograniczyć dostęp do metody wspomaganego rozrodu. A w końcu doprowadzić do tego z czym mamy do czynienia między innymi we Włoszech, gdzie restrykcyjna ustawa spowodowała emigrację całych zespołów medycznych do Szwajcarii a zaraz za nią przyczyniła się do turystyki in vitro. Bardzo bym nie chciał, aby w moim kraju było podobnie, czyli w rzeczywistości karykatura in vitro, zaś pełna metoda dostępna dla jedynie naprawdę zamożnych Polaków i to poza granicami kraju.
Dlatego warto zadać pytanie, a właściwie powinien je sobie zadać Premier. I po co to było? Komu i czemu miało służyć rozbudzenie nadziei na normalność by zaraz potem zgasić entuzjazm ludzi, którzy uwierzyli, że nie są i nie muszą być traktowani jak obywatele drugiej kategorii?! I jak by się zachował Premier, gdyby jego syn bądź synowa byli niepłodni? Choć tego ostatniego pytania, szczęśliwy Premier-dziadek, zapewne nigdy sobie nie zada.
Sławomir Potapowicz - Szef Stronnictwa Demokratycznego na Mazowszu.politolog, ukończył studia podyplomowe z zakresu samorządu terytorialnego na Uniwersytecie Warszawskim i zarządzanie w administracji publicznej w Wyższej Szkole Zarządzania i Przedsiębiorczości im. L. Koźmińskiego, ukończył kurs i zdał egzamin na Członka Rad Nadzorczych Spółek Skarbu Państwa. Radny m.st. Warszawy (1998-2002), radny Województwa Mazowieckiego (2002-2006). W latach 2002-2004 zastępca Burmistrza Dzielnicy Warszawa Praga-Południe oraz w latach 2005-2006 zastępca Burmistrza Dzielnicy Warszawa Wola. Pracował w Giełdzie Papierów Wartościowych i Banku Gospodarstwa Krajowego. Żonaty. Hobby - fotografia.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)